V/H/S
Viral (2014)
Kyrie
elejson, co się w tym filmie wyrabia, to pucha mała. Sama formuła
VHS polega na tym, że sekwencje ryjące korę mózgową są raczej
niezwiązane ze sobą, stanowiąc fabułki zamknięte w większej
opowieści. Jeśli wydaje się Wam, drodzy czytacze bloga, że tym
razem jest inaczej, to macie rację. Wydaje Wam się. Osią obrazka
jest historia chłopaka i dziewczyny, w której to ona jest gorąca i
w ogóle, a on nerd z kamerą. Zaczyna się tak słodko, że kwestie
typu "napiszemy tu wspólne wspomnienia", czy "od
teraz to będzie nasze miejsce" aktorzy powinni wypowiadać
siedząc na kucykach. Jak to jednak bywa, przyszłość nie pykła
tak jak powinna. Niedaleko domu bohaterów odbywa się policyjny
pościg za furgonetką lodziarza, chłopak wybiega z daczy nagrać
wydarzenie i zostać sławnym jutuberem, dziewczyna zostaje w
tajemniczy sposób uprowadzona, a każdemu, kto wylazł na asfalt w
celu podziwiania, albo dzieje się kuku, albo leci krew z nosa.
Chłopak z uporem zbieracza cebuli podąża za pościgiem, oczywiście
pedałując. I nie, nie tak jak myślicie zboczki, jedzie rowerem za
lodziarzem, policją, kibicami lodziarza, znowu policją, wreszcie
innymi rowerzystami. Taki cudaczny peleton, to jednak nie wszystko,
bo jak tradycja serii nakazuje, wywijanie szarej masy na lewą stronę
dzieje się w "scenkach". Jak macie poręcze przy biurkach,
to się łapcie, bo co tu się wyprawia, to lepsze jaja niż odkopana
po latach kaseta ze studniówki.
Nie
zamierzam opisywać dokładnie każdej, bo mój nie tak bardzo
pofałdowany mózg jeszcze trawi to, co oczy zobaczyły. W każdym
razie widz ma okazję zobaczyć w pierwszej kolejności perypetie
wesołego magika, który znajduje razu pewnego pelerynę, która
miała należeć do samego Houdiniego. Bohater oczywiście wygląda w
niej jak Bela Lugosi w każdej z dwóch scen „Planu 9 z kosmosu”
w których zagrał, zanim zdążył odwalić kitę. Najlepsze, że
peleryna owa wymaga naładowania mocy, oczywiście poprzez konsumpcję
mięska. Ludzkiego. Fajnie wygląda, jak czarodziejek rzuca płachtę
na swoje dziewoje, a ta robi om nom nom. Scena pojedynku niedoszłej
ofiary z katem przywodzi na myśl najlepsze tulupy, jakie w zwarciu
robili Neo i agent Smith, a posoka wręcz eksploduje na prawo i lewo.
Jest też fragment, gdy spalona w koksowniku peleryna wraca magicznie
do szafy owej cudownie uratowanej panienki. Jak w tym kawale o
Australijczyku, który miał nowy bumerang, ale rozpaczał, bo nie
mógł wyrzucić starego.
Bohatera
drugiej „wizualizacji marzeń chorego na trąd przysadki”
poznajemy, gdy po hiszpańsku oznajmia swojej hiszpańskiej żonie,
że „zara kończy robotę” w swojej hiszpańskiej piwnicy i wraca
do sypialni. Chciałem na początku nazwać faceta Carlos, bo w końcu
Iberyjczyk, ale po jakiś sześciu minutach sam przedstawia się jako
Alfonso. A więc koleś stawia po ścianą coś, co wygląda jak
wyrwane z zawiasami futryny od szafy wnękowej, tyle że obłożne
PRL-owskim lastryko. Po kilku sztuczkach z prądem w owych drzwiach
opada coś na kształt antywłamaniowej kurtyny. Alfonso staje za
kamerą, kurtyna unosi się i w drzwiach widzimy... Alfonso, który
stoi za kamerą! Geniusz, lustro wynalazł. Oczywiście nie do końca,
to tak naprawdę to Alfonso II (ew. możemy nazywać ich Alfonso Plus
i Alfonso Minus). Generalnie świat po drugiej stronie to lustrzane
odbicie naszego bla bla, nuda. By Was, czytacze, zaciekawić, powiem
tylko, że bohaterowie na 15 minut zamieniają się domami, a w tym
czasie dochodzi do takich hokus pokus, że Alfonsu (?) I i jego żonie
Marcie I zostają pod twarze podsunięte męskie pęta, które
wyglądają jak pierwsze stadia mutacji piesków z „The Thing”
Carpentera. „Dziwny jest ten świat” jako śpiewał Czesław, a
wtórował mu Magik słowami „Dodać i odjąć to jedyne co widzę”.
Wiem, nie było tak.
By
nie zanudzać Was do reszty, powiem, że seans oferuje jeszcze
ponadto wycieczkę grupki skaterów z EL EJ do Meksyku, w trakcie
której walczą oni z kolejnymi zastępami Santa Muerte za pomocą
deskorolek, maczet, Glocka i petard. Oczywiście jak nie leją
deskami po ryjach, to jeżdżą na nich między szkieletami, które
radośnie pokazują im faki! Jest nawet czaszka, która po
oddzieleniu od części szyjnej ludzkiego kręgów słupa kłapie
zębami na bohaterów, jakby życząc im miłego dnia. Skojarzenia z
Morte'm z Tormenta jak najbardziej na miejscu.
Wisienką
na szczycie lodów jest krótka sekwencja masakry, jaką meksykański
pendejo, wyglądający jak Ice Cube w „Piątku”, urządza na
barbeque. A samochód lodziarza okazał się nie samochodem
lodziarza, o!
Wypadałoby
jakoś podsumować kilka poprzednich zdań, ale sensownie nie umiem.
W pokoju scenarzystów musiało się dziać tak, że kolumbijski
katar wypada przy tym, przepraszam za dobór słów, blado, by nie
powiedzieć biało. Biorąc pod uwagę znaczenie podtytułu (nie
googlujcie, viral znaczy wirusowy, sprawdziłem) oraz fakt, że
w części „głównej” pokazane jest stopniowe rozchodzenie się
epidemii debilizmu, śmiało mogę powiedzieć, że nie mam pojęcia
o co chodzi. Ale nie przeszkadza mi to w ogóle, film trwa tylko 80
minut, więc nie żałuję. Z jednego tylko jestem niezadowolony, bo
po drodze filmowcy zgubili gdzieś konwencję poprzednich części.
Tak, to nadal kochane przez Morydza found footage, jednak w kilku
scenach kamerę jawnie trzyma niktniewiekto. Nie wiem, czy tak
miało być, czy nie, w każdym razie w tej części autorzy nawet
nie próbowali zachować pozorów. No i nie ma cycków.
W
mojej skali na gwizdki, na sześć możliwych dałbym trzy, w
porywach do trzech i pół.
PS.
A wiecie, że w tym filmie jest zeppelin, na którego boku wdzięcznie
błyszczy odwrócony krzyż zrobiony z pastelowych neonów, jakby
prosto wziętych z „Policjantów z Miami”? Jest.