menu2

Radio Agonia

To opowiadanie miało nigdy nie powstać. Historia jego jest taka, że napisałem spory fragment, potem kolejny. Następnie dysk diabli wzięli razem z tym drugim fragmentem, w związku z czym na długi czas odechciało mi się tego opowiadania. No i przyszedł na nie w końcu czas, zabrałem się za to zupełnie spontanicznie. Wyszło tak, jak widać.
Tekst jest póki co bez poprawek z zewnątrz, więc proszę ewentualne potknięcia stylistyczne proszę wybaczyć i wytknąć. W razie czego, będę stopniowo poprawiał. Zapraszam!


Adam „Rzeźnia” Rzeźniak umościł się wygodnie w skórzanym fotelu. Oparcie było znacznie odchylone, więc właściwie bardziej leżał, niż siedział. Czuł błogie rozluźnienie, ani jeden jego mięsień nie był napięty. Prawą rękę zwiesił bezwładnie za fotel. W lewej trzymał kończącego się już Malboro, z którego strzepywał popiół wprost na podłogę. Spoglądał leniwie na ekran monitora poprzez zgrabne kobiece łydki, kołyszące się leniwie jak wahadła w starym zegarze. Marika siedziała na szczycie niewysokiego regału zapełnionego w całości płytami kompaktowymi. Wiedziała doskonale, że Adam lubi to machanie nogami tuż przed jego nosem. Sama również lubiła, dawało jej to poczucie, że sprytnie prowokuje Adama do nieustannego myślenia o jej wdziękach. Zastanawiała się, czy jej łydki wyglądają apetycznie w słabym świetle lampki, oglądane oczami Adama, przesłoniętymi ciemnymi okularami o okrągłych, granatowych szkłach. Żuła gumę, co chwilę wypuszczając balon spomiędzy krwistoczerwonych warg.
Milczeli. On – zajęty dogasającym petem, ona – gumą. Słuchali, jak w eterze Marylin Manson kończy właśnie jedną ze swoich piosenek.
– Polecą jeszcze trzy kawałki i zaczynam – powiedział, nie zaszczycając Mariki choćby krótkim spojrzeniem.
Dziewczyna skrzywiła się teatralnie i zamruczała tonem sugerującym niezadowolenie.
– Postaram się nie spać, kiedy wrócisz – starała się zabrzmieć jak najbardziej zalotnie.
Przestała machać nogami. Położyła stopę na kroczu Adama i lekko masowała, aż poczuła wzwód. Spojrzał na nią i uśmiechnął się zawadiacko. Objął jej łydkę dłonią, zbliżył do niej twarz i nie spuszczając wzroku z jej oczu, dźgnął językiem między cienkimi nitkami czarnych kabaretek. Marika roześmiała się. Zeskoczyła energicznie z regału i założyła buty. Pochyliła się nad Adamem i ugryzła go delikatnie z płatek ucha.
– Ok, spadaj. Zostało mi pół minuty – powiedział Adam.
Słysząc to, dziewczyna pospiesznie cmoknęła go w szyję. Wyszła, kręcąc tyłkiem tak, jakby miała pewność, że Rzeźnia odprowadza ją wzrokiem.

Trzy. Dwa. Jeden. Wybrzmiał gitarowy dżingiel.
– Wchodzę – szepnął sam do siebie.
Rozbłysła lampka sygnalizująca, że Adam wszedł na antenę.
Witajcie. Jak co noc o trzeciej nad ranem, kłania się wam Rzeźnia w programie Radio Agonia. Wielkie dzięki dla tych, którzy zechcieli uczestniczyć w tworzeniu dzisiejszej audycji i przysłali swoje nagrania. Mamy dziś do odsłuchania całkiem sporo interesujących kawałków. Nie będzie więc problemu z dociągnięciem programu do czwartej, jak w zeszłym tygodniu. Bo, jak pamiętacie, w ostatnim odcinku było cienko, do dupy wręcz... Czyżby przy okazji świąt zmiękło wam serce? – parsknął śmiechem. – Oczywiście mile widziane, a w tym wypadku raczej słyszane, będą prezentacje na żywo drogą telefoniczną. Chętnym przypominam nasz numer telefonu – 666 666 669. Ok, koniec ględzenia! Czas na krew! – roześmiał się znów. – Pierwszy „pain” przysłał – tu zamilknął na kilka sekund, próbując odczytać skomplikowany pseudonim adresata – przysłał killfuckdie. Dzieli się z nami nagraniem, które udało mu się zarejestrować nocą w jednym z warszawskich klubów. To głos ledwie przytomnego chłopaka zaraz po pobiciu przez ochroniarzy. Koleś miał złamany nos i trzy żebra. Tu killfuckdie dodaje ciekawostkę – chłopak umarł jeszcze tej samej nocy w erce. Enjoy!
Rzeźnia wyłączył mikrofon. Opadł z powrotem na oparcie fotela i zatopił się w dźwięku jęków, z trudem artykułowanych przekleństw i cichego błagania o pomoc. Słuchał, paląc kolejnego papierosa i uśmiechając się pod nosem za każdym razem, kiedy z głośnika wybrzmiewał błagalny ton.
Nagranie dobiegło końca.
To był całkiem niezły początek programu. Posłuchajcie teraz,co przysłał nam black–death27. W e–mailu do redakcji obiecywał, że jego „pain”, kiedy już go wyemitujemy, stanie się perełką odcinka. Sprawdźmy, czy nie były to tylko przechwałki. A co to takiego? Otóż wyobraźcie sobie, moi drodzy, psa z połamanymi czterema łapami, na którego wysypane zostały żarzące się węgle. Pomysłowo, prawda? – Stłumił śmiech. – Posłuchajcie.
Puścił zapowiedziany materiał a na później nastawił trzy piosenki pod rząd. Zgodnie z leżącym na konsolecie wykazem utworów. Skrzywił się, patrząc na tytuły playlisty. Sam death metal. Sam łomot i darcie mordy. Drażniło go to niesamowicie, że jako autor audycji nie ma swobody w kwestii doboru muzyki. Wolałby Zeppelinów albo AC/DC, ale szef (nie ma, palant, pojęcia o prawdziwej muzyce!) upiera się, by puszczać te obłędne wrzaski. Cóż, jakby nie było, ma trochę racji – w takiej audycji jak Radio Agonia muzyka powinna korespondować z treścią programu.
Rzeźnia, poczytując sobie to za niewielki akt zachowania suwerenności, ustawił w komputerze tapetę z Ozzym Osbournem. Zdał sobie sprawę, że tak prozaiczna rzecz jak sprawa doboru muzyki zdołała wyprowadzić go lekko z równowagi. Rozejrzał się po klitce stanowiącej studio. Uwielbiał to miejsce. Ciemne, oświetlone jedynie małą lampką i włączonym monitorem komputera. Było tak cudownie, tak rock'n'rollowo zaniedbane i brudne. Uśmiechnął się z rozrzewnieniem. Wstał z fotela. Podszedł do ściany, gdzie z plakatu groźnie spoglądał na niego Jason Voorhees. Przesunął palcem wskazującym po krawędzi maczety trzymanej przez postać, po czym pospiesznie wsadził go do ust.
– Oj, oj! Naostrzyłeś, łobuzie! – Wyjął palec i udał, że pieści nim Jasona po zamaskowanym policzku. – A ti, ti. Puci, puci.
Uwielbiał tak błaznować. Nawet, kiedy nie miał mu kto bić brawo. Własne wygłupy bawiły go na tyle, iż sam sobie był doskonałą publicznością. Rzeźniak głęboko wierzył w to, że aby jego image był wiarygodny w oczach innych, on sam najpierw musi zacząć tym image'm żyć. Inaczej się nie da. Show biznes wymaga poświęceń. Adam Rzeźniak nie może być Adamem Rzeźniakiem. Musi być Rzeźnią – luzakiem, cwaniakiem, beztroskim hedonistą. Musi się wyróżniać, zakopywać się w pamięci fanów za pomocą oryginalnego sposobu bycia i wyglądu. Zakłada więc codziennie te kolorowe okulary i wieśniacki wisior z trupią czaszką. Pali jednego szluga za drugim, bo przecież papieros tkwiący w ustach samym koniuszkiem filtra wygląda „cool”, poza tym odkąd ten mięczak, ta cipa, Slash rzucił palenie, ktoś musi przejąć po nim tę manifestację luzu i męskości. Rzeźnia z wielką starannością wycina na chudej gębie fantazyjne szlaczki w zaroście tak, by sugerowały własny styl, ale jednocześnie nie przywodziły ma myśl, że właściciel zarostu jest metroseksualny. No i ucina sobie w wolnych chwilach pogawędki z Jasonem.
Image.
Imidż, bejbe.

***

Chwilę po zakończeniu audycji ktoś zapukał do drzwi. Ledwie Rzeźnia zdążył odwrócić się w ich stronę, a już się otworzyły. Do studia wszedł trzydziestopięcioletni mężczyzna i powolnymi ruchami zamknął za sobą drzwi. Adam nie musiał podnosić wzroku do ostrzyżonej na jeża głowy z okularami w grubych, czarnych oprawkach na nosie. Wystarczyło, że ujrzał wymięty garnitur z koszulą wystającą poniżej marynarki i już wiedział, że oto odwiedził go szef.
– Cześć, Rzeźnia. Skończyłeś już? Możemy pogadać?
– Witaj, szefie! Pewnie przyszedłeś mnie za coś ostro opieprzyć, skoro pofatygowałeś się o tej porze – zażartował Adam, całkowicie ignorując pytania przełożonego.
– Czekałem, aż skończysz program, bo za dnia trudno cię tu znaleźć.
– Może dlatego, że za dnia mnie tu nie ma? – Rzeźnia zaprezentował idiotyczny uśmiech od ucha do ucha.
Gość oparł się o ścianę, włożył ręce w kieszenie i wziął głęboki oddech.
– Przestań się na chwilę wygłupiać, bo przychodzę z naprawdę poważną sprawą.
– Dobrze, Szymonie, zachowuję więc pełną powagę i zamieniam się w...ten...w ucho. – Adam splótł palce i zakręcił młynka kciukami, udając poważnego.
– Chciałem cię poinformować o zmianach. Od przyszłego miesiąca wchodzi nowa ramówka. – Tu zamilkł na sekundę. – I niestety nie ma w niej miejsca na Radio Agonię.
Szymon wypuścił powietrze z płuc i rozluźnił się. Wyrzucenie z siebie tej wiadomości sprawiło mu wyraźną ulgę. Był przywiązany do swoich ludzi i starał się żyć z nimi na stopie kumpelskiej, dlatego informowanie o podobnych sytuacjach wprawiało go w zakłopotanie. Wiedział, że jako przełożony powinien nauczyć się mówić takie rzeczy z zimną krwią. Dbał jednak o to, by ekipa nie poczuła, że władza uderzyła mu do głowy. Jeszcze dwa lata temu był przecież jednym z nich.
Rzeźnia, całkowicie zbity z tropu, przez chwilę milczał, gapiąc się na konsoletę i przygryzając wargę.
– Dlaczego? – wydusił z siebie w końcu przyciszonym głosem. Wyraźnie przeszła mu ochota na żarty.
– Adam, spójrzmy prawdzie w oczy. Taka audycja, jak Radio Agonia to dla nas mina wsadzona pod tyłek. Nigdy nie wiesz, kto akurat przez przypadek trafi na naszą częstotliwość. Może to być policja albo jakiś kapuś. Gdyby tak się stało, do końca życia nie wyszlibyśmy z pierdla.
– Przecież mamy sygnał kodowany...
– I co z tego? Nie ma zabezpieczeń nie do przejścia. Stary, przykro mi. To już postanowione.
Adam zbierał przez chwilę myśli.
– Przecież to jedna z najchętniej słuchanych audycji – powiedział w końcu.
– Słuchanych przez kogo? Przez dzieciaki odnajdujące przyjemność w maltretowaniu innych! Przez morderców i innych degeneratów! Może i dawniej, kiedy program polegał na puszczaniu dźwięków krwawych scen z horrorów, było to zabawne. Może było bezpieczne. Ale teraz? Przegięliśmy pałę, stary. Trzeba z tym skończyć jak najszybciej.
Adam wyciągnął papierosa z paczki, wetknął go w usta. Mocno i gwałtownie zaciągnął się dymem. Szymon nie wytrzymał napięcia.
– Dwa dni, Rzeźnia. Do zamknięcia audycji masz dwa dni – powiedziawszy to, ewakuował się pospiesznie ze studia.
Adam został sam.

Godzinę później wszedł do domu z impetem trzaskając drzwiami. Ściągnął buty i będąc jeszcze w kurtce, rzucił się na łóżko, nie zwracając uwagi na leżącą obok Marikę.
– Nareszcie jesteś – wymruczała i pogładziła Adama po torsie.
– Odwal się.
Marikę zatkało. Podniosła się do pozycji siedzącej i wbiła pełen niezrozumienia i rozczarowania wzrok w Rzeźnię.
– Adam, co się stało?
– Gówno. Daj mi spokój.
Zerwał się z łóżka i rzucając po drodze kurtkę w kąt, poszedł do łazienki.
Kilka minut po tym, jak szum prysznica ustał, Adam wrócił i wpełzł pod kołdrę. Dopiero wtedy się odezwał.
– Zamykają mój program. Dobranoc.

***

– Witam was, moi radiowi okrutnicy! Rzeźnia się wam kłania. Mam dla was złe wiadomości. Tej nocy słyszymy się po raz przedostatni. Tak zdecydowała dyrekcja radia i niestety musimy się z tym pogodzić. No, ale na pożegnania będzie czas jutro. Teraz trochę muzyki, a potem damy czadu!
Opadł ciężko na oparcie fotela. Było mu nieswojo. Czuł się samotny – Marika, choć twierdziła, że nie jest obrażona za jego wczorajsze zachowanie, nie chciała tej nocy odwiedzić go w pracy. To jasne, że miała prawo czuć się dotknięta. Powinna jednak wziąć pod uwagę sytuację Adama. Każdy na jego miejscu wrzałby ze złości.
Rzeźniak zalogował się na skrzynce mailowej i przejrzał wiadomości z materiałami od słuchaczy.
Mam nadzieję, że zapomnieliście już o złej wiadomości, bo czas usłyszeć ból! Przyszło całkiem sporo maili, jednak najpierw zobaczymy, co ma dla nas słuchacz, który właśnie dostał się na linię telefoniczną. Witamy słuchacza!
Witam – odpowiedział głos.
Po plecach Adama przebiegł lekki dreszcz, kiedy po drugiej stronie usłyszał coś jakby szamotanie się i dziewczęcy krzyk tłumiony wciśniętym w usta kneblem.
Jak masz na imię i co nam pokażesz?– spytał.
Robert. Na początek będę wstrzykiwał swojej siostrze ocet pod skórę – mówił tonem obojętnym, jakby informował o czymś zupełnie zwyczajnym i powszednim.
Rzeźnia zaniemówił. Pierwszy raz znalazł się w takiej sytuacji. Do tej pory telefonicznie zgłaszały się na ogół dzieciaki, męczące zwierzęta domowe. Fakt, dostawał maile zawierające odgłosy męczonych ludzi, jednak były to prawie zawsze wypadki, bolesne finały nieprzemyślanych szczeniackich wygłupów lub jęki dziadków, którym wnukowie ukradkiem podkładali dyktafon. Ale nigdy nie były to tortury na żywo! Celowe! Zaplanowane!
Co zrobić, jak się zachować, myślał. Koleś chce znęcać się nad własną siostrą. Dla zabawy, dla poklasku.
Pieprzyć to – zdecydował – godziny tego programu i tak są już policzone.
Brzmi ciekawie. Brawa za pomysłowość. – Uznał, że nie będzie się hamował. Dzieciak chce wykończyć dziewczynę – jego wybór. Nie takie rzeczy zdarzają się na świecie.
Dzięki. I spokojnie, na tym nie skończę. Chyba, że moja kukiełka nie wytrzyma. 
Krzyk zatkanych ust przybierał na sile. Brzmiał coraz bardziej histerycznie. To, co popłynęło później z odbiorników słuchaczy, było znakiem, że Robert przystąpił do dzieła. Dziewczyna musiała wypluć knebel, bo teraz darła się pełnym głosem. Trwało to zaledwie kilka sekund. Rzeźnia usłyszał, jak na dziewczęcą twarz spada cios. Ofiara umilkła.
Robercie, jesteś tam? – spytał Rzeźnia.
Jestem, jestem. Chwila.
Wszystko w porządku? – Adam od razu załapał, że w tej sytuacji takie pytanie brzmi groteskowo.
Tak, tylko...kurwa mać. Zemdlała, suka. – Wyraźnie było słychać odgłos szamotaniny, dzieciak potrząsał nieprzytomną ofiarą. – No obudź się, kurwo.
Rzeźnia zgłupiał. Zatkało go, a zimny pot rozlał się po plecach.
Stary, ona już chyba ma dość. To było niezłe, ale może już wystarczy – próbował uniknąć ciągu dalszego.
Nie, poczekaj, budzi się – odparł spokojnie słuchacz.
Dziewczyna najwyraźniej rzeczywiście odzyskała przytomność, bełkotała coś w oszołomieniu.
Robert, co ty robisz? Przestań, błagam cię – mówiła, choć uderzenie w twarz musiało ją w jakiś sposób okaleczyć; słowa dziewczyny były ledwie zrozumiałe. Rzeźnia zastanawiał się, jak ona teraz może wyglądać. Opuchnięta warga...albo rozcięta. Może wybity ząb.
Braciszek zdecydował się przystąpić do dalszej akcji.
– Jedziemy dalej. Pomysł mam taki, by przywiązać ją do kaloryfera. Chodź tu. – Dziewczyna łkała, pociągając co chwila nosem. – Stań przed kaloryferem i pochyl się.
Robert, do cholery, co ci odbiło?! – krzyczała.
Zamknij mordę, rób co mówię.
Rzeźnia z otwartymi ustami, w ciężkim szoku słuchał, nie reagując. Chłopak robił wszystko tak, jakby miał to dokładnie zaplanowane. Opowiadał szczegółowo, spokojnym głosem o tym, co się dzieje. Zupełnie jakby zdawał radiową relację z meczu piłkarskiego.
Przywiązałem szmatę za ręce nisko do rury. Stój spokojnie. Nie klękaj, stój!
– To boli, przestań! – wrzasnęła, jednak Robert ją zignorował.
Zabawne, w tej samej pozycji widziałem cię wczoraj, kiedy przyłapałem was na bzykaniu. Może masz ochotę na powtórkę? Wtedy wyglądałaś na zadowoloną. Powiedz, jakiego fiuta ma twój chłopak? Spójrz, mam tu małą marchewkę i dużego ogórka. Jak sądzisz, co będzie go bardziej przypominało?
Dziewczyna darła się wniebogłosy, wołała o ratunek, wyzywała brata od psychopatów i skurwysynów.
Dość! – odezwał się w końcu Adam. – Przestań, przeginasz!
Chłopak zachichotał.
E tam, przeginam. Nie bardziej niż ty, prowadząc ten program. Jeśli mam czuć się winny, to ty również.
Miał rację. Rzeźnia w istocie czuł się teraz winny. Rozpętał piekło, którego może nie być w stanie zatrzymać. Tymczasem dzieciak kontynuował zabawę.
– Twój facecik jest taki umięśniony, dobrze zbudowany. Na pewno pałkę też ma konkretną. A więc ogórek, dziecinko. Fajny masz tyłek, siostro!
Kurwa, przestań! – warknął Rzeźniak.
Nie. – usłyszał w odpowiedzi. – Hej, Anka, chyba jesteś bardzo doświadczona, skoro wszedł tak gładko! Może sprawdzimy, jak jest z drugą dziurką?
Dziewczyna ryknęła jakby ją obdzierano ze skóry.
– Nie! Nie, kurwa, przestań! Nie waż się, sukinsynu! Matko boska, nie! – wrzeszczała, dopóki oprawca nie włożył jej znów knebla w usta.
Robert warknął wściekle na znak mocnego pchnięcia. Jego siostra wydała z siebie dźwięk, który kompletnie nie przypominał ludzkiego. Ryczała niczym zarzynane prosię. Nagle jęknęła ostatkiem sił i nastała dzwoniąca w uszach cisza.
W końcu odezwał się Robert.
Hej, Rzeźnia! Znowu zemdlała. Chyba z bólu – zasępił się chłopak.
Pierdolony psychopato! – wycedził Adam. – Zadzwonię na policję.
W porządku. Ciekawe, którego z nas uznają za bardziej winnego. Ale to zaraz, pozwól, że opowiem, jak wygląda sytuacja.
– Nie!
– Opowiem. Anka jest nieprzytomna, ale oddycha. Jak się ocknie...
– Nie!
– ...no ale jesteśmy dopiero w połowie. Ona ma tak zabawnie rozwalony nos...
–Przestań!
–...krwawi z dupy...
–Zamknij się, kurwa!
Rzeźniak nie usłyszał, co jeszcze do powiedzenia miał ten świr, nerwy puściły mu ostatecznie i przydzwonił pięścią w konsoletę, przerywając połączenie. Cisnął swoimi czadowymi okularami w kąt, podparł łeb rękami i rozpłakał się w sposób żałosny i niegodny rock'n'rollowego twardziela.
Kurwa mać, nigdy więcej, pomyślał. W tym momencie dotarło do niego, że rozmowę telefoniczną wprawdzie przerwało, ale nadal był aktywny w eterze. Wyłączył pospiesznie sygnał i drżącą dłonią sięgnął po kolejnego papierosa. Z nerwów wetknął go sobie w gębę złą stroną i podpalił zapalniczką filtr. Wypluł z irytacją zmarnowanego papierosa i w nadziei, że dzięki temu odzyska równowagę psychiczną, walił bez opamiętania pięściami we wszystko, co się pod nimi znalazło.
Serce znów zabiło mu mocniej, gdy rozległ się sygnał telefonu. Kto to może być, pomyślał. Kto dzwoni na radiowy numer, skoro Adam wyłączył już nadawanie?
Telefon dzwonił uparcie, sygnał wiercił uszy i mózg Adama. Czuł, że nie powinien odbierać. Po prostu wiedział, był absolutnie pewien, że tej rozmowy pożałuje jeszcze bardziej niż poprzedniej. A jednak odebrał. Nawiązał połączenie i w milczeniu, gotując się ze zdenerwowania czekał aż ktoś się odezwie.
– Halo! – wrzasnął ktoś do słuchawki. Jesteś tam?!
Głos był męski, niski i mocno wkurwiony.
– Słucham – odpowiedział Rzeźnia, przełykając ślinę.
– Skurwysynu! – rozmówca huknął tak, że Adam omal nie spadł z fotela. – Zabiję cię! Już jesteś martwy, jebany zboczeńcu!
Rzeźnia zbladł. Poczuł się malutki i bezbronny jak niemowlę. Głos uwiązł mu ze strachu w gardle, nie mógł wydobyć z siebie choćby najmniejszego dźwięku. Na zewnątrz milczał, w środku błagał boga, szatana, kogokolwiek o możliwość obudzenia się z koszmaru. Bo to musi być koszmar! Jebany, nieprawdopodobny koszmar, myślał.
– Słuchaj, śmieciu, nie daruję ci tego. Wyłaź z tej nory i odpowiedz za to, do czego doprowadziłeś.
– Do czego...do czego doprowadziłem? – spytał głupio.
– Przez ciebie mój syn zamordował swoją siostrę, psycholu!
Mózg Adama pracował na maksymalnych obrotach. Taki jesteś cwany, dziadku? Taki mocny w gębie? Dorwij mnie! Ciekawe, jak mnie znajdziesz! – rósł Adam w myślach.
– Dorwij mnie! Ciekawe jak mnie znajdziesz! – pomyślał na głos i w ułamku sekundy tego pożałował.
Facet głośno wciągnął powietrze jakby wsysał w siebie furię.
– Już cię znalazłem, gnido! Czekam pod drzwiami! Wyłaź, kurwa, zobaczymy, jaki jesteś mocny!
Rzeźnia roztelepaną ręką sięgnął do okna i palcem odchylił płatek żaluzji. Na chodniku pod budynkiem warczało czarne bmw.
– Widzę cię! Już nie żyjesz! – ryknął facet, po czym silnik zgasł. Z auta wyłonił się człowiek o budzącej niepokój posturze. Wielki, szeroki jak pierwszorzędny gladiator. Złapał leżący na trawniku kamień i cisnął nim w okno. Rzeźnia, gdyby w ostatniej chwili nie odsunął swojego długowłosego łba od szyby, kamień zabiłby go na miejscu.
Kurwa, co robić? – pytał sam siebie. Co robić, powtórzył w myślach. Uciekać? On i tak mnie dorwie. Skakać przez okno? Rozwalę ryj o beton a ten kafar pośliźnie się na moim mózgu i może też go szlag trafi.
Wyobraźnię Adama naraz zaatakował milion ewentualnych opcji, co facet mógłby mu zrobić – żywemu czy martwemu. Ucieknie – koleś go dorwie, wyciągnie choćby z najciemniejszej dziury budynku, połamie ręce i nogi, zapierdoli w brzuch tak, że Rzeźnia wysra własne flaki. Wyskoczy z okna – spadnie temu knurowi wprost pod nogi, rozwali łeb, wykituje albo nie a facet skopie jego ciało, naszczy na zwłoki i wywiezie do lasu. Jakby nie było, Rzeźnia miał ostro przesrane.
Do wyjścia! – zdecydował i rzucił się szaleńczym pędem do ucieczki. Wybiegł na korytarz, omal nie rozbił się na ścianie półpiętra, pędząc klatką schodową w dół. Już był przy drzwiach wyjściowych, już wyciągał rękę do klamki w nadziei, że zdąży wyskoczyć niespodziewanie z budynku i spierdolić gdzieś w krzaki zanim facet w ogóle załapie, że ma go gonić...
...gdy nagle na zewnątrz zawarczał silnik, zapiszczały opony i coś z impetem wyrżnęło w drzwi.
Skurwiel jest sprytny, zabarykadował drzwi furą, zrozumiał Rzeźnia. Jedyny ratunek – wyjście tylnymi, piwnicznymi drzwiami. Ostatnie kilka schodów przeskoczył, bijąc życiowe rekordy w skokach w dal, wzwyż i czort wie, jakich jeszcze. Był na początku ostatniej prostej do wyjścia, gdy będące jego celem drzwi otworzyły się z hukiem i stanął w nich najohydniejszy wymiar sprawiedliwości, na jaki tylko Rzeźnia mógł zasłużyć. Krępy, spocony dziad o wąsach żółtych od tanich fajek. Wściekły wieśniak w czerwonoczarnej koszuli w kratę i wytartych jeansach. Zasapany, czerwony na gębie knur; wyglądał jak drwal, redneck wyciągnięty wprost z najbardziej zasyfionych przedmieść Seattle.
Rzeźnia kwiknął cichutko ze strachu i poczuł, jak puszczają mu zwieracze a mocz radosnym strumieniem sączy się po nodze.
Cały imidż poszedł w cholerę. Już nie cwaniak co to ma stylu więcej niż włosów na klacie, ale zaszczana, piszcząca ciota uciekała z powrotem na górę. Bez imidżu, bez godności, bez planu na wyjście stąd w jednym kawałku.
– Nie uciekniesz, gnoju! Łajzo! – rzucał obelgi furiat, będąc wciąż kilka metrów za Rzeźniakiem.
Adamowi brakowało już tchu. Biegł na oślep, powieki kleiły mu się od łez i potu. Myśl, stary, myśl. Musi być jakieś wyjścia. Jakiś, kurwa, sposób, beznadziejnie łkał Rzeźnia.
I oto pojawił się plan. Gówniany, uznał, ale lepszy niż żaden. Na końcu korytarza na parterze znajduje się niewielka sala konferencyjna o dwóch wejściach z dwóch równoległych korytarzy. Wbiegnie pierwszym, wybiegnie drugim i być może wyminie jakoś szarżującego wieśniaka. Byle by dopaść tylne wyjście zanim ten wariat go dogoni.
Wąsaty drwal co chwila wykrzykiwał ostrzeżenia od nadchodzącej śmierci, urwanych jajach i rozjebanej czaszce. Zaszczana ciota piszczał jak nadepnięta świnka morska w odpowiedzi na każde z krwawych proroctw rozjuszonego oprawcy.
Wrzaski wydawały się coraz bardziej odległe. Skurwiel się zgubił, ucieszył się Rzeźniak. Mam szansę!
Dobiegł do wyjścia, płacząc trochę ze strachu, trochę ze szczęścia. Otworzył drzwi z impetem i budynek wypluł całe jego żałosne jestestwo na chodnik.
Adam stanął w rozkroku, otarł pot z twarzy. Sterczał tak w miejscu, jakby miał mnóstwo czasu. Idioto, rób coś. Spieprzaj stąd, upomniał w myślach sam siebie.
Kolejnym genialnym planem było sprawdzenie czy w bmw są kluczyki. W końcu kto na miejscu tego goryla myślałby o zabezpieczeniu pojazdu? Adam wgramolił się do auta i znów się rozryczał, tym razem z pewnością ze szczęścia. Kluczyki tkwiły w stacyjce.
Odzyskał rezon bardzo szybko i równie szybko do stracił. Samochód nie odpalał. Adam kręcił i kręcił, silnik ani drgnął.
Kurwa, kurwa, kurwa! – zawył Rzeźnia. – Odpal, pierdolony gruchocie!
Nic z tego.
– Błagam, proszę... – spróbował grzeczniej, jakby bmw było obrażoną panienką odmawiającą seksu podczas jedynej na to okazji.
W tym momencie, jak widelec w schabowego, w jego zapłakane oczy wbił się widok poszarpanych, kolorowych kabli zwisających tuż pod kierownicą.
Gdyby istniało takie narzędzie jak nerwometr, to badając Rzeźniaka eksplodowałby jak czarnobylska elektrownia. U wejścia do budynku zamajaczyła kraciasta koszula. Rzeźnia już kładł rękę na klamkę by wydostać się z auta, gdy rozległ się dźwięk centralnego zamka. To jeszcze nie koniec, pokrzepił się Adam, wyciągając kluczyk ze stacyjki.
– Ja pierdolę! – zawył, gdy okazało się, że kluczyk pozbawiony jest przycisku kontrolującego zamek.
W dłoni zbliżającego się wąsacza radośnie dyndały oryginalne kluczyki. Rzeźnia zaś w swojej rozdygotanej, spoconej rączce ściskał gówniany, dorobiony na mieście za trzy pięćdziesiąt zapasowy kluczyk.
Jesteś zerem, stary. Zasranym, żałosnym, martwym zerem – wmyślach pochwalił sam siebie Rzeźniak.
Omal ponownie nie zmoczył spodni, kiedy facet we flanelowej koszuli niespiesznie zbliżył się do samochodu. Sekunda rozciągała się w wieczność, gdy był już u drzwi. Rzeźnia zacisnął ząbki, zacisnął piąstki, zwieracz natomiast ponownie rozluźnił. Tyle był w stanie zrobić w tym momencie, by w akcie desperacji zrobić przed śmiercią choć trochę na złość swojemu katowi. Nalać mu na siedzenie jak kundel. Szczeknąć jeszcze, udając groźnego wilczura.
Brawo, stary – zmienił szybko zdanie – jesteś śmierdzącym tchórzem. Nie wilczurem a rozwrzeszczanym, gówno mogącym jamnikiem o przyciętym ogonku. Pomerdaj tym kikutem na znak, że jesteś pizdą. Nie tłumacz sobie tego tak, że zrobiłeś palantowi psikusa sikając mu na ukochane autko, bo prawda jest taka, że zwyczajnie, ordynarnie zlałeś się ze strachu.
Podczas gdy Rzeźnia tak sobie rozmyślał, pojmując jednocześnie, że odchodzi już od zmysłów, facet stał i nie otwierał drzwi auta. Sterczał w miejscu a Rzeźnię wraz z jego równowagą psychiczną trafiał szlag. Co on do cholery robi? Dlaczego mnie stąd nie wyciągnie i nie zabije jednym machnięciem tej małpiej łapy?
Koleś wyciągnął z kieszeni pomiętą paczkę Mocnych i jarał sobie.
Kurwa, pomyślał Adam, torturuj mnie jeszcze, palancie! Zaraz się zesram a ty sobie kopcisz.
Odjęło mu rozum do reszty i zaczął rzucać się po wnętrzu auta niczym epileptyk. Podskakiwał, machał rękami, tłukł w szyby i deskę rozdzielczą, miotał się jak kretyn a dziad się relaksował, pykając niespiesznie i puszczając kółeczka z papierosowego dymu. W końcu wąsacz rzucił niedopałek na chodnik, przycisnął butem i nacisnął guzik odblokowujący centralny zamek. Złapał przerażonego cudaka za łachy i pociągnął.

***

Gdy Rzeźnia znajdował się poza samochodem, już był nieprzytomny. Ocknął się dopiero po kilku minutach, kiedy to zupełnie odmieniony, bo pełen spokoju i opanowania kafar, ciągnął do po korytarzu siedziby rozgłośni.
Jaśniało już. Adam, posadzony na podłodze w pomieszczeniu będącym jego dotychczasowym miejscem pracy, zerknął na elektroniczny zegar stojący przy konsolecie. Czerwone, prostokątne cyfry wskazywały za kwadrans trzecią. W nocy. Byłem nieprzytomny całą dobę, zrozumiał.
Wieśniak nie zwracał na niego uwagi, w pełnym skupieniu kręcił gałkami, przestawiał suwaki, walił w biurko komputerową myszką.
– Jak się to, kurwa włącza? – mruknął sam do siebie.
Pokręcił, poklikał, przypieprzył parę razy pięścią w konsoletę i udało się. Światełko sygnalizujące wejście w eter rozbłysło jaskrawo. Goryl ujął za włosy obolałego Rzeźniaka i przyciągnął przed komputer. Nachylił się do mikrofonu i popukał w niego palcem.
– Jesteście tam, psychole? Dzisiaj ja prowadzę program. Aha, i mam waszego zjebanego kolegę. Skończę z nim i z waszymi zabawami raz na zawsze, świry.
Rzeźnia mniej więcej wiedział już, co go czeka. Zlałby się, właściwym sobie zwyczajem, ze strachu, ale pęcherz miał puściutki.
Goryl zakasał rękawy swojej wieśniackiej koszuli, ujął Adama za włosy i przyciągnął jego twarz do swojej.
– Ja nie będę się bawił tak, jak to się robi w twoim poronionym programie. Ja ci po prostu spuszczę tradycyjny wpierdol – syknął napastnik, po czym uderzył Rzeźniaka pięścią w brzuch.
Adam zwymiotował wprost na olbrzyma, na co ten odpowiedział kolejnym ciosem, tym razem między oczy. Nos pękł z cichym trzaskiem. Cios był tak silny i celny, że równie dobrze mógł wbić Rzeźniakowi tę zasmarkaną klukę w głąb czaszki. Twarz momentalnie zalała się krwią. Goryl patrzył z aprobatą, jak jego ofiara próbuje oddychać przez nos, wypuszczając czerwone bańki.
W tym momencie drzwi do studia otworzyły się z takim impetem, że omal nie wypadły z zawiasów. Stanął w nich wysoki, chudy chłopak o potarganych włosach i pryszczatej gębie. Oczy miał przekrwione jakby od tygodnia nie zaznał snu. A w tych oczach totalne szaleństwo, kompletne oderwanie od rzeczywistości. Miał na sobie mocno obciążony plecak, z którego wystawał trzonek od siekiery. W dłoni trzymał syczący jednostajnie palnik gazowy z niewielkim zbiornikiem.
– Puść go – powiedział pewnie i spokojnie.
Facet w koszuli zaniemówił. Rozdziawił tylko gębę, zdradzając kompletne zdezorientowanie.
– Puść go – powtórzył chłopak. – Bo sfajczę ci mordę.
Na znak, że nie żartuje, zamachał gorylowi przed nosem palnikiem niczym mieczem świetlnym z Gwiezdnych Wojen. Wąsacz, nie dowierzając w to, co widzi, puścił swoją ofiarę. Rzeźniak upadł na podłogę i od razu przybrał pozycję embrionalną, jakby czuł, że za chwilę spadną na niego kopniaki.
– Na podłogę – chłopak wydał kolejną komendę mięśniakowi.
– Pojebało cię?! – wrzasnął gość w kratę.
Chłopak nie odpowiedział. Zdjął plecak i wysypał z niego na podłogę swoje zabawki: siekierę, obcęgi, zapasowy nabój do palnika, butelkę benzyny, kilka gwoździ, młotek i wyrzynarkę do desek. Dopiero wtedy się odezwał.
– Obaj na podłogę i ani drgnijcie.
Jego głos wydał się Adamowi znajomy. Wykonali posłusznie polecenie. Rozczochrany intruz stanął przed nimi i wpatrywał się w przerażone twarze. Adam jeszcze nigdy dotąd nie widział tak szalonego wzroku. I tak obłąkanego, przypominającego uśmiech grymasu.

***

Dochodziła trzecia w nocy. Marika roztrzęsioną dłonią co chwila sięgała po telefon. Sprawdzała godzinę i próbowała dodzwonić się do Adama. Ciągle na próżno, nikt poza automatyczną sekretarką nie miał dla niej czasu.
Może odszedł, myślała. Po tym, jak się zachował wobec niej, mogło mu być wstyd. Może kima u któregoś z kumpli. To do niego podobne, nie raz się kłócili i urywał się na noc. A może całą dobę był w pracy?
Włączyła komputer i wpisała w wyszukiwarkę adres strony internetowej stacji, w której pracował jej chłopak. Zalogowała się i kliknęła play.
To, co usłyszała, było jeszcze dziwniejsze niż zwykle w programie Rzeźni. Pokręciła gałką w głośniku, dźwięki stały się bardziej czytelne.
Szamotanina. Stłumione przekleństwa. Błagania. Ktoś majstrował przy mikrofonie. Trzask, trzask, pisk...

Witajcie, okrutnicy! Za chwilę po raz ostatni usłyszycie program Radio Agonia. Kłania wam się Robert, gwiazda wczorajszego programu! Poprowadzę dla was pożegnalną audycję. Zostańcie ze mną, drodzy okrutnicy, bo przygotowałem na dziś coś naprawdę specjalnego!

9 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  2. Chyba jeszcze nigdy nie napisałem opowiadania, którego nie zmiażdżyłabyś krytyką :P

    Wybacz, nie mam dzisiaj aż tyle czasu, żeby ustosunkować się do każdego zarzutu z osobna. Ujmę to tak: opowiadanie nie miało ani straszyć, ani obrzydzać, a jeśli nie trafiłem w Twoje oczekiwania, to wybacz. Nie czytam Ci w myślach ;)
    Bohaterowie wcale nie wydają mi się nieciekawi, wręcz przeciwnie. Co do reszty Twojej krytyki, to jestem zaskoczony, bo ja te wszystkie rzeczy w kontekście tego konkretnego tekstu uważam za zalety... Może za wyjątkiem jednolitego sposobu wypowiedzi wszystkich bohaterów, choć ani ja tego nie dostrzegam, ani innym czytelnikom to jakoś specjalnie nie doskwierało.

    Generalnie rzecz biorąc, to sprawa wygląda tak: to nie jest Inkaustus, gdzie tabun specjalistów-samouków rzuca się z furią na każdy błędnie postawiony przecinek :P To jest moja przestrzeń i nie przejmuję się takimi detalami. Na blogu po prostu cieszę się beztroską radością pisania ;)

    "Radio Agonia" to opowiadanie, z którego jestem bardzo zadowolony, wręcz uważam je za jak dotąd najlepsze. Mów co chcesz, ja jestem dumy z niego ;)

    Mam jeszcze małą prośbę. Przemyśl sobie wszystko, co chcesz powiedzieć i staraj się to zawrzeć w jednym komentarzu. Proszę tak na przyszłość, bo mam nadzieję, że jeszcze mnie mile zaskoczysz odwiedzinami.

    Dzięki i pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  3. Ja za to potrafiłbym skomentować komuś opowiadanie obywając się bez złośliwości... Wiele razy wypowiadałaś się na temat moich tekstów, ale nigdy nie byłaś aż wyniosła i nieuprzejma, dlatego jestem bardzo zaskoczony.

    Niech tam dla Ciebie będzie nieciekawie, to rzecz gustu a Twój nie jest absolutnym wyznacznikiem jakości.
    Jeśli mam czelność pouczać innych, robię to na ogół z przymrużeniem oka, a co najważniejsze - nie próbuję robić z siebie wielkiego znawcy. Tutaj chcę pisać i wypowiadać się bez skrępowania. Napisałem tak, jak mi się podobało, nie mam ochoty próbować robić z opowiadania arcydzieła. A już z pewnością nie będę go w nieskończoność dopasowywał do zachcianek tych, którzy uważają się za bardziej zdolnych ode mnie. Mogę sobie być dla Ciebie beztalenciem.

    Dziewczyno, co Cię ugryzło?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  4. Najprostszy sposób, by narazić się zarozumiałym bufonom - beztrosko robić to, co się lubi i jeszcze bezczelnie czerpać z tego radość.
    Z chęcią napiszę i opublikuję tu jeszcze milion takich syfiastych opowiadań, a Ty używaj sobie na nich bez skrępowania, skoro taką rozkosz Ci daje agresywne pastwienie się nad innymi. Ja się w końcu nauczę pisać na tyle, byś była łaskawa ten poziom zaakceptować, Ty natomiast opanujesz wyrażanie opinii w sposób pozbawiony jadu. Obojgu nam mój upór wyjdzie na dobre.

    Odprowadź się gdzie sobie tylko życzysz, a najlepiej pod jasną cholerę. Naprawdę byłem mile zaskoczony Twoimi odwiedzinami, ale już nie jestem.

    OdpowiedzUsuń
  5. Tekst wydaje mi się dobrze skomponowany. Podobało mi się jak zróżnicowałeś Rzeźnię i frustrata w koszuli, oni są totalnie odmienni, wybór fajek, jakie palą, uważam za bardzo słuszny.
    (Fajni są tacy antagoniści jak ten frustrat, nieokrzesani, zwierzęcy, dzicy. Nie wiadomo, czego się po nich spodziewać - mózg podpowiada bydlęcą, bezmyślną agresję. Chociaż w sumie tutaj ten koleś ładnie załatwił Rzeźnię z tym BMW, więc nie jest do końca tym typem bohatera).

    Najlepszy dla mnie był moment, kiedy właśnie ten frustrat ganiał Rzeźnię po budynku. To był, w moim odczuciu, horror pierwszej klasy, wyróżniający się na tle opowiadania. Ogólnie lubię takie sceny pogoni, emocje, oddech świra za plecami. To się chwali.

    Wulgaryzmy mi nie przeszkadzały, pasowały do sytuacji. Moment, gdy Robert zadzwonił do Radia jest taki, jaki miał być - obrzydliwy.
    Muszę przyznać, że masz łeb do wymyślania takich tortur różnych.

    Na początku tekstu fajna erotyka z udziałem Mariki, przykuwa uwagę, a warto chwycić czytelnika już na początku tekstu, by sobie nie odpuścił.

    Podsumowując - fajne postaci, groza, dynamika, humor, erotyka, obrzydliwość. Nie wiem, jak się spodoba innym i czy ich nie zniesmaczy, ale mi - jako horrorowemu maniakowi - podobało się bardzo. Super tekst!

    Pozdrawiam!
    Hanzo

    OdpowiedzUsuń