Potem
sięgnąłem po Jedyne dziecko
i moja reakcja była podobna. Ketchum, jakiego poznałem na podstawie
tych dwóch pozycji, to autor potrafiący niebywale mocno oddziaływać
na emocje czytelnika. Po obydwu jego książkach miałem ochotę
wymierzać sprawiedliwość poprzez mord gołymi rękami.
Mając
na uwadze swoje emocjonalne doświadczenia po lekturze tych powieści,
na Królestwo spokoju
napaliłem się jak szczerbaty na suchary. Opowiadania! - myślę
sobie – dużo oddzielnych tekstów, oddzielnych historii! Nie
jedna, jak w przypadku powieści, i nie jeden taki psychiczny nokaut,
ale kilka! Dużo!
No i
dupa zbita, bo Królestwo spokoju
to zbiór kompletnie nieciekawych tekstów, przez które przebrnąłem
z nieludzkim wysiłkiem i choć książkę przeczytałem kilka
tygodni temu, nic z niej nie pamiętam. Nie przypominam sobie choć
jednego opowiadania, które wstrząsnęłoby mną, dało do myślenia,
obudziło z naiwnej wiary w ludzkość, czy choćby po prostu
zainteresowało.
Strasznie
przykro pisać mi takie rzeczy o autorze, którego uważam za
mistrza, ale niestety nijak nie potrafię znaleźć pozytywów w tym
zbiorze. Zdaję sobie sprawę z tego, że opowiadanie rządzi się
swoimi prawami, innymi niż powieść. Jestem też świadomy tego, że
Ketchum mógł mieć na ten zbiór inną koncepcję, niż na
powieści, które znam. Ponadto biorę pod uwagę ewentualność, że
może jestem po prostu ślepy na przekaz, który autor zawarł w
opowiadaniach. Niemniej w moim odczuciu są to jedynie nieśmiałe
wprawki do poziomu Dziewczyny z sąsiedztwa i
Jedynego dziecka.