menu2

sobota, 22 lutego 2014

Azteckie cuda na kiju

Choć z wielkim zapałem i nadzieją zabrałem się do lektury Szóstej ery Roberta Cichowlasa, to muszę przyznać, że rozczarowałem się niesamowicie. Miałem nadzieję przekonać się, że polski horror jednak niezupełnie leży odłogiem, a za nazwiskiem tak popularnym w horrorowej niszy stoi kawał porządnie napisanej grozy. A tu niestety – książka, choć niezupełnie beznadziejna, to na pewno również nie wybitna. Do wybitności jest jej dość daleko.

Mamy tu Dawida Galińskiego – przeciętnego polskiego belfra, który próbuje się odnaleźć w zupełnie
niezwyczajnej sytuacji. Uczniowie bowiem zaczynają dziwnym wzrokiem zerkać naokoło, ni stąd, ni zowąd deklamują teksty starożytnych azteckich przepowiedni i z niejasnych z początku przyczyn rzucają się sobie do gardeł. Okazuje się, że owe dziwne zdarzenia spowodowane są tym, że zapomniane azteckie bóstwa postanowiły zrobić porządek z przodkami swoich białych oprawców. Tak to z grubsza wygląda.
Pierwsze, co nasunęło mi się na myśl (a, zważywszy na podjętą przez Cichowlasa tematykę, trudno żeby się nie nasunęło), to stary, dobry Masterton i jego mitologiczne maskotki. Nie, żebym miał o to pretensję – chyba każdy (ze mną włącznie), kto próbował literackiej samodzielności w temacie grozy, choć raz mimowolnie musnął mastertonowskiej konstrukcji horroru. W sumie to nawet dobrze – lepiej powielać skuteczny schemat, niż przynudzać, wzorując się na Kingu.
Choć Cichowlas robi, co może, by zagęścić akcję, to w moim odczuciu jakoś nie przynosi to efektu. Kolejne zwroty akcji przechodzą od kameralnych incydentów do poważnych problemów skali globalnej, dzieją się tu cuda na kiju typu wyrastające spod ziemi piramidy, a autor w swojej książce wytłukł chyba pół Poznania. I cóż z tego, skoro ja, jako czytelnik, zupełnie nie potrafiłem się tym przejąć. Dość wyraźnie widać, że Szósta era jest swego rodzaju debiutem Cichowlasa na długim dystansie. Jak na mój gust, za dużo tu pauzujących właściwą akcję przerywników, jak choćby załączanie jakichś dziwnych not biograficznych bohaterów, gdy ci wymieniani zostają w powieści po raz pierwszy. Czytam sobie, jest jakaś tam akcja, po czym jest mowa o jakiejś postaci i dowiaduję się, że wychowała się gdzieś tam, że matka coś tam, a ojciec coś tam. Potem znów akcja, a ja już jestem kompletnie wytrącony z rytmu. To jasne, że co istotniejszych bohaterów wypadałoby jakoś nakreślić, ale można by zrobić to w nieco mniej toporny sposób.
Jakoś też nie przypadły mi do gustu metody, którymi autor popychał akcję. Konkretnie chodzi mi o to, że czasami by doprowadzić do jakiegoś wydarzenia bądź coś wyjaśnić, Cichowlas brnął w nieco naiwne rozwiązania.
Jednak to, co irytowało mnie najbardziej, to cała masa beznadziejnie banalnych błędów interpunkcyjnych, stylistycznych itd. W przypadku książki zawierającej takie niedopatrzenia, ale o mniejszym natężeniu, zwaliłbym swoje narzekania na zboczenie zawodowe. Ale tutaj chyba nie ma rozdziału, by obyło się bez kilku potknięć. Nie wiem, z czego to wynika – być może książka była przygotowywana naprędce. Albo po prostu nie miała żadnej korekty. Wiem, że nie doprowadzenie tekstu do przyzwoitego stanu wymaga nierzadko kilkukrotnego sprawdzenia, ale przecież to jest konieczne, jeśli się coś wydaje...
I jeszcze ten wstęp Morta Castle, który naprzemiennie z zapewnieniami, że to „dobra książka”, przyznaje jednocześnie, że jej nie przeczytał... No comment.

Mimo rozczarowania Szóstą erą, nie powiem, że się do pana Cichowlasa zraziłem. Z tego, co się orientuję, to jego pierwsza pełnowymiarowa, samodzielna powieść, więc nie ma co się z miejsca uprzedzać. Wszak nikt od razu nie popełnia arcydzieła, a przecież na czymś nauczyć się trzeba. Dlatego, Panie Robercie, jeśli Pan tu kiedyś trafi i to przeczyta, to niech Pan wie, że choć tym razem poszło tak sobie, to mocno trzymam kciuki za przyszłość!

sobota, 1 lutego 2014

John, przepraszam!

Na Johna Eversona trafiłem zupełnie przypadkiem, kiedy w czasie studiów, zamiast siedzieć na zajęciach, włóczyłem się po lubelskich kiermaszach z tanimi książkami. Moją uwagę przykuł wtedy seksowny tyłek z okładki Ofiary. Zamieszczone na niej obiecanki o „mrocznej erotyce i krwawej grozie” mówiły mi „bierz, Morydz, będzie fajnie!”. Niby dostałem to, czego chciałem, ale jednak zostało mi to podane w nieco żenującej formie... Naciągana jak za małe majtki na grubej babie fabuła stworzona chyba tylko po to, by stanowić nośnik dla bzdurnych scen mordów i seksu. Choć może nie powinienem oceniać autora po jednej książce, Everson skutecznie mnie do siebie zniechęcił. Dlatego lata później, idąc do kasy z Igłami i grzechami byłem raczej sceptycznie nastawiony. No, ale znów udało mi się dorwać przecenioną książkę, a na to jestem podatny – za pół ceny wezmę byle gówno, na wszelki wypadek :P

Choć wstęp bynajmniej tego nie zapowiada, to ogłaszam wszem i wobec, że Everson dołączył do moich ulubionych autorów. Bo, o ile Ofiara do dziś ma u mnie czołowe miejsce na liście porażek, to zbiór opowiadań Igły i grzechy zdzielił mnie po łbie i dał nauczkę, że na jednej książce nie należy budować opinii. Książka ma wprawdzie kilka słabszych momentów, jak choćby opowiadanie Maryja, wydające się być niczym więcej jak tylko prztyczkiem w nos dla kościoła, albo Ulica oprawców – ot, zbieranina kilku pomysłów na zamęczenie człowieka. Nie są to jednak teksty aż tak złe, by zepsuć ogólne pozytywne wrażenie całości.
Absolutny killery w tym zbiorze to dla mnie: Char-Lee, Krwawe róże i Stworzeni dla siebie. Pierwszy z tych tekstów urzekł mnie filmowym klimatem – idealnie nadawałby się do zaadaptowania na ekran. Poza to prosta, konkretna historia bez jakichś filozoficznych wynurzeń – po prostu kawał dobrego horroru, do tego z zaskakującym zakończeniem. Krwawe róże to cudowne połączenie klimatu grozy i pewnego rodzaju romantyzmu. Coś takiego chciałbym umieć napisać! Stworzeni dla siebie... ja pierniczę, co za pomysł! Tak absurdalny, że aż genialny! Olewanie zdrowego rozsądku w horrorze to coś, co lubię :D Celowo wychwalam ulubione opowiadania, nie mówiąc ani słowa o fabułach – mam nadzieję, że w ten sposób zaintryguję tych, którzy Igieł i grzechów jeszcze nie znają.
W skład zbioru wchodzi też seria opowiadań zespolonych tematyką i chronologią, nosząca osobny tytuł Miłość, lina, seks i krzyki: Cyrk w pięciu aktach. Poznajemy tu różne perypetie pracowników cyrku, a wszystko to podane jest w wystarczająco makabryczny, ale jednocześnie dość ckliwy sposób. Zwłaszcza ostatnie opowiadanie z tego cyklu brzmi bardzo nostalgicznie. Choć ogólnie część o cyrku dupy nie urywa, to czyta się miło, lubię taki klimat w horrorach.
Nie pozostaje mi nic innego, jak gorąco zachęcić do poznania Igieł i grzechów. Namawiam zwłaszcza tych, którzy, podobnie jak ja, zawiedli się na Ofierze.
A skoro o Ofierze mowa – myślę, że jeszcze do niej wrócę. Może przy drugim przeczytaniu bardziej ją docenię. Chciałbym.

wtorek, 14 stycznia 2014

Z czym do ludzi?! #2 Remake




moryc
A więc badum-tsss, dzisiaj rozmawiamy o rimejkach!

moryc
I na początek powiem Ci, że zmieniłem nieco zdanie na ich temat po kilku ostatnich, które widziałem.

Julian
Yep, remake, ostatnio tego dużo jakoś :). „Evil Dead”, „Carrie”, wcześniej chociażby „Helloween” Roba Zombiaka. Skok na hajs, chęć poprawienia oryginału, czy coś jeszcze? Jak myślicie, Morydzu?

moryc
Nie sądzę, by twórcy kręcili te filmy, bo liczą, że ugrają coś dla siebie na popularności pierwowzoru. Przynajmniej ja na ich miejscu bym na to nie liczył, zważywszy na to, jakiej jakości na ogół są te rimejki.

Julian
Znaczy myślisz, że nic nie ugrają na tej popularności?

moryc
Owszem, ugrają, bo spora część fanów pierwowzoru zobaczy film z ciekawości. Niektórzy nawet będą skłonni za to zapłacić. Ale pomyśl tylko, jakim ryzykiem jest podejmowanie się nakręcenia rimejku. Przecież w większości to są szmiry. Dlatego ewentualny twórca nowej wersji powinien być świadomy, że siląc się na poprawienie czegoś uznanego powszechnie za wzorcowe, najprawdopodobniej się na tym wyłoży.

Julian
Ja akurat myślę, że w przypadku rimejka skok na kasę jest główną przesłanką. Raczej nikt za bardzo nie przejmuje się tym, aby sprostać oczekiwaniom, bardziej zależy ludziom na tym, aby film "uwspółcześnić".

Julian
Ma być widowiskowiej, huczniej, krwawiej.

Julian
Bo potencjalny target zassa to jak nie przymierzając rumuńska ladacznica.

moryc
Mnie właśnie chęć uwspółcześnienia wydaje się najbardziej prawdopodobnym powodem...

Julian
Ale wszystko dzieje się po coś. Raczej nikt nie uwspółcześnia filmów tylko z czystego altruizmu, żeby współczesny kinoman się tak nie męczył.

moryc
Nie no, myślę raczej, że uwspółcześnia się je, by były bardziej strawne dla grupy docelowej, czyli młodzieży.

Julian
Tak, bo grupa docelowa wyciągnie pieniążki z kieszonki i pójdzie na film/kupi/ zassa z neta.

Julian
Hajs się zakręci i tyle ;]

moryc
Spójrz, jak dzieciaki wypowiadają się w necie o filmach sprzed 5-10 lat. "Fajny, MIMO ŻE STARY". Wiek filmu w ich mniemaniu ma duże znaczenie, spora część dzieciaków z tego tytułu od razu skrytykuje film, bez oglądania.

moryc
No dobra, chyba muszę przyznać Ci rację w kwestii pieniędzy... :P

Julian
I zobacz, że dochodzimy do pewnego kuriozum, coraz młodsze filmy doczekują się rimejka.

Julian
Żeby była jasność, nie twierdzę, że rimejki są złe. Sam powiedz, nowe "Martwe zło" jest zacne, bo dość ciekawie rozwija wizję z oryginału.

moryc
Przypomnij mi, po jakim czasie od nakręcenia oryginalnego "Kręgu" powstał amerykański rimejk :D

Julian
To to w ogóle chyba jest rozjebanie skali doszczętne :D

Julian
Ring, Klątwa, Widmo.

moryc
Nowe "Martwe zło" uważam za jeden z najlepszych horrorów, jakie widziałem i nie dbam o to, czy to rimejk, czy nie. To po prostu kawał mięcha, którym się najadłem do syta.


Julian
Właśnie, bo to w sumie bardziej historia osadzona w tym samym uniwersum, aniżeli remake czystej postaci.

Julian
Przynajmniej ja tak uważam.

moryc
No, to jest bardziej wariacja na temat pierwowzoru, niż jego adaptacja. Co nie zmienia faktu, że wyszło genialnie.

Julian
Wracając jeszcze na chwilę do Ringu, klątw itd, myślę, że to dobitnie obrazuje poziom ichniego kinomana, zbyt leniwego, ale jednocześnie zbyt bogatego, by można było go zignorować.

Julian
Tyle apropo Japonii.

moryc
Czemu tylko "tyle"? To temat - rzeka :D Przeraża mnie, jak wielkimi ignorantami są Amerykanie. Cokolwiek uda się komuś innemu, oni już stają na głowie, by stłumić ten sukces własnym.

Julian
Bo to właśnie rzeka i Ci bloga nie styknie : D

Julian
Przewiniemy mu licznik czy coś.

Julian
Lepiej powiedz coś o swoim najbardziej znienawidzonym/najgorszym rimejku

Julian
i uzasadnij wybór.

moryc
Lubię mój licznik, niech się nie przekręca!

moryc
Myślę i myślę i... nie przypominam sobie żadnego, który byłby na tyle gorszy od innych, by go wymienić. Co mnie trochę przeraża, bo niejako świadczy to o tym, że rimejki są niemal zawsze złe :D

moryc
Poważnie, właśnie mnie sprowokowałeś, bym złapał się na tym, że podświadomie nie dzielę rimejków na dobre i złe, ale na lepsze od pozostałych i pozostałe...

Julian
Dość krytycznyś, niektóre są nawet nawet :).

Julian
A chociażby takie Wzgórza mają oczy w remake'u zjada oryginał moim zdaniem.

moryc
No właśnie jakoś łatwiej mi wyróżnić te, które są "nawet nawet"...

Julian
OK, wal :D

2014-01-14 19:30:04 :: Julian
Listuj mi tu nawet nawety!

moryc
Chyba się nie zdziwisz, ja na podium postawię "Martwe zło" :D Na drugim miejscu byłaby na pewno "Mucha" Cronenberga. "Carrie", choć dupy nie urwała, to te muszę przyznać, że była... nawet nawet - to dobre określenie dla tego filmu.

moryc
Zawalisty był ostatni "The Thing". Będę się upierał, że to rimejk w pewnym sensie.

Julian
Ja aż tak daleko się nie zapędzę :D

Julian
A wyobrażasz sobie sytuacje, w której zaczną powstawać rimejki książek?

Julian
Bo czytelnik będzie taki, że trzeba będzie mu zamieniać archaizmy na słowa współczesne itp

Julian
chyba to byłby koniec :).

moryc
Przecież takie rimejki powstają od dawna, stary :D

Julian
?!

Julian
Chyba źle mnie zrozumiałeś :D

moryc
Jakiś czas temu kupiłem sobie opowiadania Poego. Raz na kilka tygodni robię nowe podejście, czytam jedno - dwa opowiadania i wracam do innych książek. Przytłacza mnie ten język, szybko mam go dość. A przecież moje wydanie to uwspółcześnione tłumaczenie!

Julian
Zamiana archaizmów nie robi rimejku.

moryc
No ale ja właśnie taki rimejk mam na myśli :D

Julian
Nie, to ja myślę o takim jak na modłę filmów, o których mówiliśmy: jakby jakoś autor nie będący Kingiem chciał od nowa napisać Lśnienie np.

moryc
Swoją drogą, wyobraź sobie, ile razy zrimejkowano na przykład baśnie Andersena albo braci Grimm. Toż to, co się dzieciom czyta teraz, nie stało nawet obok oryginałów.

moryc
No to już Ci podaję przykład rimejku w tym rozumieniu - podobno "Kordian" miał być swego rodzaju rimejkiem "Dziadów" :P

moryc
Dobra, zapędzam się :P

Julian
: DDD

Julian
OK, bo się zapędzamy w jakieś dywagacje. Jakieś konkluzje na koniec wywodu o rimejkach? Warto je robić? Warto na nie czekać? Warto oglądać?

moryc
Odpowiem bardzo dyplomatycznie: nie warto kręcić, ale jak jednak powstanie coś na miarę "Martwego zła", to warto zobaczyć :P

Julian
Właśnie miałem podobną myśl: dopóki perełki w stylu „Muchy”, „Martwego zła”, czy „Wzgórz” mogą powstać, to ja daję zielone światło.

Julian
Nawet kosztem kraulu przez szambo, jakim często są rimejki.

moryc
Pięknie powiedziane, mój złotousty przyjacielu!

Julian
!

Julian
Hałabała dziwko!

moryc
:D

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Kilka słów o WOŚP-ie

Dzisiaj nie będzie horroru. Tym razem trochę, powiedzmy, publicystyki. Albo wylewanie osobistych żalów – do wyboru. Wczoraj był 22 finał WOŚP. I od wczoraj mam wrażenie, że społeczeństwo polskie zakaża jeszcze większy motłoch niż sądziłem.
Specyfika mojej pracy jest taka, że spędzam kilka godzin dziennie na szperaniu w Internecie. Nie mogłem
uwierzyć własnym oczom, gdy ciągle trafiałem na strony, gdzie ludzie wylewali wiadra coraz to bardziej cuchnących pomyj na Owsiaka i Orkiestrę. Z ulgą wyłączyłem służbowy komputer, po czym wsiadłem do samochodu i przez całą drogę powrotną do domu słuchałem informacji o tym, jak to owe pomyje radośnie pluskają po całym kraju. Siadam do kompa w domu i znów to samo...
Czy ja miałem klapki na oczach przez ponad dwadzieścia lat, że nie dostrzegałem, jak wielka nagonka co roku organizowana jest przeciw Orkiestrze? Czy może dopiero w tym roku przybrało to takie rozmiary, że nawet takiego ślepaka, jak ja, ukłuło w oczy?
Na jednej ze stron internetowych przeczytałem dość długą dyskusję kilku osób na temat Orkiestry i roli, jaką ona odgrywa względem NFZ-u. W skrócie rzecz ujmując, chodziło o to, że pomoc WOŚP-u dla NFZ-u jest mikroskopijna i nieadekwatna do „show”, jaki Owsiak rozpętuje co roku. Jeden cymbał z drugim prześcigają się w wyjętych nie wiadomo skąd (prawdopodobnie z dupy) argumentach, jeden przez drugiego odsyłają się nawzajem do szkoły, bo jeden odczuwa, że drugi jest niedostatecznie wyedukowany, by podejmować dyskurs na ten temat. Oczywiście ów dyskurs tych jegomości, szpanujących wybujałym poczuciem własnej racji i kultury słowa, skończył się rzucaniem epitetów bynajmniej nie przystających intelektualnej elicie.
Załamałem też ręce, kiedy usłyszałem poranną rozmowę M. Olejnik z M. Środą w Zetce. Temat rozmowy znany i oczywisty. No i Olejnik pyta, co według jej rozmówczyni oznacza hasło „róbta co chceta”, dopowiadając od razu własne propozycje – tonem pytającym, ale jednak takie: „ale co ta młodzież ma robić? Brać narkotyki?” - coś w tym rodzaju. Nie od dziś wiadomo, że Olejnik słynie z wbijania szpili i podjudzania, ale... do cholery, o ile dobrze pamiętam, brała udział w Akademii Sztuk Przepięknych! Stąd wnioskuję, że jest świadoma, jakie hasła przyświecają Orkiestrze i Przystankowi Woodstock. Choćby z szacunku dla Woodstockowiczów, którzy przyszli wtedy na spotkanie z nią, mogłaby się pohamować.
Po południu w kółko słyszałem w radiu zachrypniętego Owsiaka wydzierającego mordę o jakichś słoikach z pieniędzmi, które podobno gdzieś skitrał na własny użytek. Nie wnikałem, o co dokładnie chodzi, ale w świetle tego, co widzę, jestem chyba w stanie w miarę trafnie się domyślić.
O procesie z jakimś tam blogerem już nie wspomnę, prawdopodobnie każdy już o tym słyszał.
Zastanawiam się, gdzie są ci wszyscy ludzie, którzy tak ochoczo występują przeciwko ideom Orkiestry. Bo w necie i innych mediach ludzie już brodzą po kolana w całym tym gównie, którym obrzuca się WOŚP, a dookoła mnie jakoś tego nie widzę. Wczoraj wybrałem się na finał w moim mieście i choć to bardzo mała miejscowość, ludzi na aukcji było sporo. Z chęcią i wyraźnie dostrzegalną frajdą wydawali wcale niemałe pieniądze na zupełnie abstrakcyjne rzeczy. Czuć było, że wiedzą, po co przyszli. Czy ja żyję w jakiejś enklawie ludzi dobrej woli, że nie widuję na co dzień tych, którzy z otwartą przyłbicą powiedzieliby to, co z taką nienawiścią wypisują w necie?
Kiedyś sam nie przepadałem za WOŚP-em. Może nie krytykowałem, nie drażnił mnie jakoś specjalnie, ale nie czułem potrzeby interesowania się nim. Moja ówczesna dziewczyna wierciła mi co roku dziurę w brzuchu, żebyśmy pojechali na Woodstock, a ja - oprócz nagminnych skojarzeń z pozerstwem, które tę imprezę tak tłumnie nawiedza, a które niesamowicie działa mi na nerwy – miałem jeden argument. Jako że Woodstock pomyślany jest jako swego rodzaju podziękowanie za aktywność podczas WOŚP-u, jako nieaktywny nie czułem, bym miał powód i prawo tam jechać. W końcu jednak uległem, w wyniku czego przeżyłem jedne z najprzyjemniejszych dni w życiu i ostatecznie wyrobiłem sobie stanowisko wobec WOŚP-u. Takim twardogłowym ludziom jak ja trzeba podobnych przeżyć, by pewne rzeczy zrozumieli. A może raczej poczuli, bo tę ideę trzeba raczej poczuć niż zrozumieć. Woodstock dobitnie pokazał mi, na czym to wszystko polega. Nie potrafię precyzyjnie tego opisać, po prostu aura tego miejsca i jego klimat sprawiły, że poczułem się coś winny Orkiestrze. Nie dałem jej od siebie wiele. Wczoraj wylicytowałem dwa drobiazgi i mam teraz trochę wyrzuty sumienia, bo dostałem je za niewielkie kwoty, bo najwyraźniej pozostali byli średnio zainteresowani... Ale coś tam jednak od siebie włożyłem.
Co roku osoby z mojego otoczenia bywające w kościele przynoszą mi sprawozdanie, jak to jakiś ksiądz z ambony wytrząsał się na Owsiaka i na tych, którzy wolą dać pieniądze jego organizacji zamiast Caritasowi bądź na tacę. Zarówno przeciwnicy, jak i obrońcy Orkiestry zawsze mają w zanadrzu różne źródła i informacje świadczące o ich racji. Moja rada, jeśli chodzi o traktowanie takich argumentów, jest następująca: miejcie w dupię gadkę jednych i drugich. Idźcie do najbliższego szpitala i sam się przekonajcie, ile sprzętu jest tam od WOŚP-u, a ile od Caritasu, że już o pieniądzach z księżowskiej tacy nie wspomnę. Oceniajcie tylko na podstawie tego, co sami zaobserwujecie, to najbardziej miarodajne źródło.
Moja mama pracuje w szpitalu. Mały, biedny szpital, jakich pełno w tym kraju. Spytałem ją dzisiaj, co właściwie dostali od WOŚP-u, i czy w ogóle cokolwiek. Nie będę rzucał nazwami tego ustrojstwa, bo się na tym nie znam, ale wyszło mniej więcej na to, że Owsiak wyposażył połowę szpitala. Skoro w tej dziurze tak hojnie wyposażono szpital, to nie wierzę, że w swoich miastach nie napotkacie na prezenty od Orkiestry.
Podobno Owsiak za pieniądze z Orkiestry jeździ na wakacje pod palmy i bimba tam przez większość roku. Pytanie, czym jest spowodowana chęć wymyślania takich oskarżeń. Zazdrością? Bo i owszem, jest czego zazdrościć. Trzeba mieć jaka i niesamowitą determinację, żeby rozkręcić taką machinę.
Może zabrzmię głupio, ale dla mnie poważnym argumentem za uczciwością Orkiestry jest zwyczajna wiara w ludzi. Po prostu wyobrażam sobie siebie na miejscu Owsiaka i nie przechodzi mi przez myśl, że mając zaufanie ludzi nie tylko w całym kraju, ale i wielu innych miejscach świata, mógłbym ich okłamać. Nie dziwię się, że Owsiak tak agresywnie reaguje na wszelkie spekulacje przeciwko jego uczciwości. Pomyślnie tylko, jak to musi boleć, kiedy zajdziemy tak wysoko, osiągniemy tak wiele, a ci, o których życie być może będziemy w przyszłości walczyć, rzucają nam gówno w twarz. Kończąc ten wywód, powiem wam jedno, abstrahując od wszelkich dowodów, wyliczeń, deklaracji itd. Gdyby Owsiak miał złe intencje, już dawno by nie żył. Nie wyobrażam sobie, by zdrowy na umyśle człowiek mógł pod przykrywką szczytnego celu oszukać miliony ludzi i nie mieć z tego powodu tak wielkich wyrzutów sumienia, by strzelić sobie w łeb. Tymczasem to już 22 finał mamy za sobą!
Dziękuję.

sobota, 11 stycznia 2014

Za co mści się Lilith?

Zupełnie przypadkiem trafiłem na fajny film. Evil Angel (2009) niespecjalnie zachęca tytułem, czy opisami fabuły, które widziałem w necie. A jednak warto było zaryzykować.

Choć z początku, patrząc na pozornie niepowiązane ze sobą sceny, czułem się nieco zagubiony i nie mogłem załapać, o co chodzi, to w miarę oglądania filmu wszystko zaczęło się układać w – o dziwo – niespecjalnie skomplikowaną fabułę. Ot, słynna Lilith – mityczny pierwszy lachon Adama – wstępuje kolejno w ciała kobiet, przejmując je, gdy tylko biedaczki wydają ostatnie tchnienie. Demonica tak sobie skacze z kwiatka na kwiatek. Biedni policjanci mają nie lada zagwozdkę, a Lilith w najlepsze łazi i się mści. I tu mam pytanie do tych, którzy Evil Angel już widzieli i w pełni zrozumieli: za co ona właściwie się mści? Tzn. generalnie wiadomo, za co, ale dlaczego akurat wyżywa się na biednym, młodym policjancie, którego piękna (naprawdę piękna!) żona i tak już przysparza mu przykrości, puszczając się w ich własnym domu? Dlaczego to właśnie ten czas, to miejsce i te osoby? Czymś to musiało być przecież podyktowane, a jakoś powodów się nie dopatrzyłem.

Mimo tematyki charakterystycznej dla horrorów kierowanych do nastoletnich dziewczyn, Evil Angel skonstruowany jest tak, że mam do niego słabość. Gdyby nie konstrukcja historii, pewnie nie podobałby mi się aż tak. Otóż patrzę sobie na ten film i patrzę i... myślę sobie: wygląda znajomo. Oglądam jeszcze chwilę i dociera do mnie, że konstrukcja fabuły jest żywcem zerżnięta z książek Mastertona. Zobaczyłem tu bowiem wszystko, z czym tyle razy miałem do czynienia w powieściach mojego ulubionego pisarza. Jest tu zaczerpnięty z mitologii demon, jest koleś, który musi się z nim zmierzyć. Jest ekscentryczny spec od zjawisk, powiedzmy, niecodziennych. Jest nawet znajoma, która wspiera głównego bohatera w sposób sugerujący mniej lub bardziej erotyczną więź. No i samej erotyki jest tu sporo, z czego jako facet jestem bardzo rad, bo aktorka odgrywająca rolę Carli, a później Lilith (zadałem sobie nawet trud – czego nigdy nie robię, bo na ogół jest mi to obojętne – i sprawdziłem, co to za babka: nazywa się Ava Gaudet), jest wprost przepiękna!

Jeszcze tak btw... Ostatnio przekonałem się do kryminałów, a tym razem okazało się, że jestem także odpowiednim odbiorcą filmowych dramatów. Jakoś tak się emocjonalnie zbratałem z głównym bohaterem i kiedy stał się świadkiem zdrady żony, zrobiło mi się okropnie przykro. Poważnie, zżyłem się z nim. Cholera, stąd już tylko krok do Harlequinów :P

W każdym razie...

...Evil angel to całkiem niezły film. Choć jest dość długi, nie nudziłem się ani minuty. Myślę, że spokojnie mogę polecić. Zwłaszcza fanom Mastertona ;)