menu2

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Zakolczykowany knur przechodzi przemianę duchową

Ciężko mi ostatnio cokolwiek obejrzeć czy przeczytać...ale od dziś świąteczny urlop! Trzeba to wykorzystać i w końcu przysiąść do filmów, książek i bloga. W ostatnich dniach znalazłem czas i siły na dwa filmy. Wszyscy kochają Mandy Lane jest nudny, byle jaki, boleśnie sztampowy – i to można już uznać za moją pełną wypowiedź na jego temat. Po prostu nawet nie jest wart tego, by zechciało mi się o nim opowiadać. Nie polecam. Drugi nosi tytuł Strangeland i też nie jest może arcydziełem, ale przynajmniej mnie zaciekawił. W nagrodę za to będę o nim teraz gadał.

Fabuła. Dwie SAN* mają genialny pomysł: umawiają się z kolesiem chwilę wcześniej poznanym na chacie. Facet okazuje się być świrem wyglądającym jak połączenie Maynarda Jamesa Keenana z Tool'a i Glacy ze Sweet Noise. Porywa dziewczyny i zaszywa im usta (płacę temu, kto mi wyjaśni po co on to robi!). Jedna nie wytrzymuje nerwowo tej zabawy i ze strachu umiera na serce. Świrowi zostaje druga, której ojciec jest detektywem, przez co tak się niezręcznie składa, że musi sam siebie zatrudnić. Świr zostaje złapany, wypuszczony z powodu braku dowodów (czy czegoś tam, tak czy inaczej powody wypuszczenia go na wolność są mocno naciągane), po czym osądzony przez mieszkańców miasta. Wieszają go, ale on umiera tylko na chwilę, a potem jest jeszcze bardziej wkurzony. Ot i cała historia. Tzn. prawie cała, no, ale wiadomo, reszta jak w większości tego typu filmów.

Po obejrzeniu pierwszej połowy filmu pomyślałem sobie, że reżyser:
a) wiedział, że ten film nie wychodzi mu na tyle dobrze, by jakiś sponsor wyłożył kasę na sequel

albo

b) był tak nieobeznany w kinematografii, że nie znał pojęcia sequel

albo

c) po prostu nakręcenie drugiej części nie przyszło mu do głowy.

Strangeland jest skonstruowany w sposób, który aż krzyczy, by go podzielić na dwie części. Gdyby akcję pomiędzy początkiem filmu a złapaniem mordercy rozciągnąć po półtorej godziny, to rozciągnąwszy podobnie ciąg dalszy, moglibyśmy mieć z tej fabuły dwa być może niezłe filmy. A tak mamy historię bardzo ciekawą, ale mocno skondensowaną i przedstawioną po łebkach. No, chyba, że dla twórców najistotniejszym momentem filmu była chwilowa przemiana duchowa antagonisty, a reszta do pretekst do niej.
Choć film jest pełen absurdów i niejasności (płacę temu, kto mnie przekona, że kluczem do zidentyfikowania mordercy na chacie jest pogawędka o snowboardzie!), to ma jeden naprawdę mocny punkt. No dobra...dwa mocne punkty. Jeden to człowiek, który nie pogardzi żadną rolą, uświetni swoją wredną gębą nawet najgorszą szmirę, Borys Szyc amerykańskiego horroru - Robert Englund. Drugi to postać wariata ukrywającego się pod pseudonimem Kapitan Howdy. Morderca wygląda naprawdę efektownie, robi wrażenie. Robi strasznie głupoty, wygaduje jeszcze większe, bredzi jak potłuczony, posługuje się jakąś pokrętną filozofią, której wydaje się sam nie rozumieć...ale jak wygląda! Dobrym pomysłem było unikanie ujęć jego pełnego wizerunku do połowy filmu. Dzięki temu pierwsza scena, w której to następuje, budzi autentyczną grozę. Coś jak w Czerwonym smoku. Fajne.
Niefajne natomiast jest to, co scenariusz zrobił z tą postacią w połowie filmu. Zakolczykowany, wymalowany knur zmywa hennę z gęby, związuje włosy w grzeczny kucyk, zakłada sweter i okulary (modny na politechnikach zestaw „Nie bij mnie za to, że jestem od ciebie mądrzejszy”) i ogólnie przechodzi przemianę duchowo-odzieżową niczym Ogre w Zemście frajerów. Co to ma być, pytam. Żart to miał być?...
Przyznam szczerze, że pomysł na film bardzo mi się podoba. Gdyby nie gęsto występujący absurd, byłoby super, ale jako ten, któremu regularnie wypomina się zaniedbywanie realizmu w opowiadaniach, nie mogę na to narzekać. No i nie narzekam, bo absurd w horrorze kompletnie mi nie przeszkadza. Strangeland mnie nie znudził, a więc jest ok. Polecam!



*Szałowe Amerykańskie Nastolatki. Proszę zapamiętać, bo nie chce mi się w co drugim wpisie na temat filmu rozwijać tego skrótu po kilkanaście razy.

wtorek, 10 grudnia 2013

Inny rodzaj odwagi

Dawno mnie nie było. W pracy mam czytania i pisania tyle, że kiedy wracam do domu, te czynności są ostatnimi, na które miałbym ochotę. No, ale w końcu udało mi się coś przeczytać. Wpis na temat Wendigo Mastertona dzisiaj nastąpi i będzie dość chaotyczny, coś mi się tak wydaje.

Rzecz jest o babeczce, która po rozstaniu z mężem samotnie wychowuje dwójkę dzieciaków. Pewnego dnia pada ofiarą tak zwanego wjazdu na chatę zorganizowanego przez przedstawicieli organizacji zajmującej się paleniem żywcem kobiet, na które naskarżyli im niedocenieni mężowie. Cudem uchodzi z życiem, ale napastnicy zabierają jej dzieci. Lily bierze się za szukanie potomków i jakoś tak się składa, że decyduje się skorzystać z pomocy indiańskiego szamana, który na potrzeby poszukiwań przywołuje monstrum znane z tego, że zesra się, a nie da się i dopnie swego, po drodze rozrywając paru ludzi na strzępy. Sytuacja się komplikuje, kiedy okazuje się, że Wendigo pracuje nieco innymi metodami, niżby Lily sobie życzyła a szaman nie odwoła maszkary dopóki dziewczyna nie wywiąże się z niemożliwej do spełnienia obietnicy. Tak to wygląda z grubsza i wydaje mi się, że Masterton całkiem pomysłowo tę fabułę rozegrał.

Horror tu owszem jest, i to dużo. Tak, jak wspomniałem, nasz rezolutny Wendigo hasa od ofiary do ofiary i każdą z nich rozwleka w promieniu kilku kilometrów. Nie to jednak wydaj się być w książce najważniejsze. Mamy tu bowiem solidną dawkę psychologii i dylematów moralnych. W moim odczuciu dylematy te dotyczą nie tylko bohaterów, ale i czytelnika, bo czytając, wciąż zastanawiałem się, jak sam postępowałbym na miejscu Lily. Znajdująca się na każdym kroku pomiędzy młotem a kowadłem kobieta ma lekko mówiąc przerąbane. Pośrednio ma na sumieniu życie osób zamordowanych przez demona, a mimo to nie ma wyjścia, musi dalej brnąć w całą tę historię. Masterton stara się wykreować Lily na kobietę z każdym skierowanym w nią ciosem nabierającą siły – w tej kwestii sugestywnym, acz jak na mój gust trochę zbyt wzniosłym motywem jest manifest determinacji Lily w postaci ogolenia sobie głowy.
Można by powiedzieć, że jest tu mało Mastertona w Mastertonie, bo nie ma tej odwagi w doborze środków wyrazu, co w niektórych powieściach. Fakt, nie ma tu pojawiającego się co trzy kartki seksu, jednak jest inny rodzaj odwagi, i to, moim zdaniem dość dużej. W powieści bowiem jest kilka momentów, gdzie flaki hulają na wszystkie strony świata (cztery), a wszystko dzieje się na oczach niewinnych dzieciaków. Niech mi ktoś powie, że łatwo przyszłoby mu taki stan rzeczy opisać... To duża śmiałość ze strony autora, ale też przejaw świadomości swojego talentu. Nie każdy odważyłby się skonstruować takie sceny i jednocześnie zrobiłby to z należytym wyczuciem.
Standardowo pojawia się motyw krzywdy wyrządzonej Indianom przez Amerykanów, na szumnie zwących się narodem. Masterton często podejmuje ten temat, i zawsze stawia obie strony konfliktu w tym samym, nie do końca jasnym świetle. Bo że Amerykanie są be, to nie ulega wątpliwości, ale że Indianie są cacy – też nie jest takie znowu oczywiste. Czerwonoskórzy są okrutni, jednak Masterton zawsze zgrabnie znajduje im odpowiednio mętne usprawiedliwienie. Bo czy Indianin George jest taki strasznie zły? Oczywiście, że jest, to kawał wyrachowanego sukinsyna, jednak w mniemaniu jego samego jest po prostu konsekwentny. W Wendigo pada odnośnie kwestii Indian jedno zdanie, które szczególnie mnie uderzyło - (...)skoro już raz udało się Mdewekantonów wykiwać w sprawie ziemi, być może uda się znowu.
Ta cienka linia pomiędzy dobrem a złem nakreślona w Wendigo przejawia się nie tylko w kwestii Georga. Równie wyraźnie widać ten problem w postaci samego monstrum. Wendigo teoretycznie nie jest zły, powiedziałbym, że stanowi jakby uosobienie upośledzonego relatywizmu. Trudno obarczyć go winą za rzeź, którą rozpętał – stanowi raczej tylko narzędzie w rękach Georga Żelaznego Piechura, który przecież też nie jest „zły” jedynie z zasady.
W całym tym nawale komplikacji etycznych trochę umknęła mi sama fabuła, co, jak mi się wydaję, zdarzyło się też samemu autorowi. Niby wszystko sprowadza się do jednego wątku, jednak Masterton z równą siłą naciska na kilka wątków. W wyniku tego w połowie książki, skupiony na kwestii wymknięcia się Wendigo spod kontroli, zapomniałem już, że zaczęło się od wybryków jakiejś tam organizacji tatusiów, którym zrobiło się przykro...
Ogólnie rzecz biorąc, książka nie jest zła. Jedynie na tyle, na ile poznałem Mastertona, problemy, których dotyka, wydają mi się nie w jego stylu. No, może nie same problemy, bo kwestię wspomnianego relatywizmu moralnego i krzywd wyrządzonych jednej nacji przez drugą obserwujemy w jego powieściach dość często, ale środki, jakich tym razem użył są na pewno czymś nie tak znowu powszednim. W każdym razie książka godna polecenia, a więc polecam!

sobota, 16 listopada 2013

Z czym do ludzi?! #1

Wpadliśmy z Fitełem na taki pomysł, że spróbujemy publikować na Straszniej nasze debaty na gg na temat horrorów. Może akurat będzie fajnie, kto wie.
Niniejszym rozpoczynamy cykl pt. „Z czym do ludzi?!”. Będziemy tak sobie gadać, a potem ewentualnie zastanowimy się, czy to ma sens ;]

Oczywiście bardzo mile widziane jest włączanie się do rozmowy!







morydz
Temat na dziś to sztampa w horrorze, tadam:D

morydz
„Obecności”, jak rozumiem, nie widział?

fiteł
Widział i po części dużej zgadzam się, że ilość zapożyczeń/nawiązań/sztamp jest za duża, jak na film tak nachalnie reklamowany.

fiteł
Ale tylko po części, bo jednak mimo tego nawału, to jednak przyzwoity film.

morydz
Przyzwoity tylko dlatego, bo jump scenki spełniają jako tako swoją rolę.

morydz
Choć co do tego, to też nie jestem przekonany, bo ostatecznie na dwie minuty przed jumpem można się domyślić, co się stanie.

fiteł
I chociaż za to chwała, bo w takim natłoku powtarzalności zepsucie jump scenes byłoby epickim strzałem w kolanko z haubicy.

fiteł
Tego chyba nie przeskoczymy w obecnych czasach Morydzu, ludziki widziały już tyle straszaczy, że ciężko im dogodzić.

morydz
Ja ostatnio, konkretnie przy "Jug Face" złapałem się na tym, że jeśli film zbyt mocno odbiega od utartych schematów, to ciężko mi go zrozumieć :P

fiteł
Stary, ja starałem się zrozumieć "Donnie Darko" po 4 piwach, Syzyf przy tym, to sanatorium :>

fiteł
Ale wracając do jumpów, ostatnio oglądałem "Skinwalker Ranch", film klon "The Blair Witch Project".

morydz
Jak mniemam, kipiał od jumpów ;]

fiteł
Grał, podobnie jak "Obecność" na utartych schematach, ale w nim jump scenki były jak pierdnięcia po agreście - takie tam ciche pafff.

fiteł
Chociaż i tak mi się podobał, ale to chyba tylko nie najlepiej już o mnie świadczy.

morydz
Właśnie pod tym względem "Obecność" się trochę wybija. Tam jumpy, choć przewidywalne, jednak były odpowiednio...hm, hałaśliwe, powiedzmy.

fiteł
To dobre określenie, takie jumpy-feministki, dużo hałasu, efekt w sumie blady.

morydz
W każdym razie dygłem od czasu do czasu, co mi się rzadko zdarza.

morydz
Lepiej bym tego nie ujął, stary:D

fiteł
Ale wróćmy to dzisiejszego tematu. Uważasz, że w dzisiejszych czasach sztampy da się uniknąć?

morydz
Do pewnego stopnia się da, ale w wielu przypadkach to będzie cholernie trudne. Przykład: fabuła wymaga tego, by bohaterowie znaleźli się w nawiedzonym domu. Jak się tam ich umieszcza? W 90% jest to wesoła, amerykańska rodzinka, która kupuje dom na wsi. Swoją drogą zauważ, że ZAWSZE w tej sytuacji wszyscy jak jeden mąż są zachwyceni nowym, wielkim domem. Nikt nie napomknie nawet o tym, że widział go przed zakupem. Czy w Stanach domy kupuje się w ciemno? :P

morydz
Pamiętaj, że sztampa to również nagminne wykorzystywanie tych samych postaci. Mam tu na myśli wampiry, zombie itd. Tutaj już nie sposób uniknąć powtarzalności :D

morydz
No bo jak unikniesz jej wymyślając "nową" historię o wampirach? Chcąc nie chcąc musisz się oprzeć na schemacie. Jedyny tytuł z ostatnich lat, gdzie wampir jest naprawdę oryginalny, to "Nocarz".

fiteł
Domy jak domy, zobacz ile w stanach jest zdeformowanych przez promieniowanie rodzin - "Wzgórza mają oczy", "Zły skręt", "Topór".

morydz
No wiesz, jakoś trzeba czarnemu charakterowi nadać czarność. Nie da się w nieskończoność wymyślać nowych pretekstów.

fiteł
A tak btw, zobacz jak Azja, kiedyś powiew świeżości, teraz tez już nieco żre własną dupę - duch to zawsze dziewczynka z włosami czarnymi jak jelita diabła, które zakrywającej lica.

morydz
Nie wiem, nie znam się, Azji to akurat unikam jak ognia :P

morydz
Nie rozumiem ich filmów i już dawno przestałem próbować.

morydz
Swoją drogą dobry temat na przyszłość:D

fiteł
Kurda, a ja jakoś lubię czasem popatrzeć na te smutne oczy ; D.

morydz
Ja nie lubię, bo zaraz zawsze jest zbliżenie i scena, w której w to oko powolutku wsuwa się igła. Tego między innymi nie lubię w azjatyckich horrorach. Tam są wszędzie cholerne igły.

fiteł
I tentacle. I Bukkake :D Good for your skin, nananan ;]

fiteł
Ale my nie o tym. Wracając do tematu, też uważam, że uniknięcie sztampy nawet w stopniu minimalnym jest chyba obecnie nierealne.

morydz
To jest naprawdę temat na oddzielną dyskusję:d

fiteł
Bo tak jak mówiłeś: horror ma swój panteon bestii, ma swoje schematy w fabule, ma określony, przypisany mu typ scenografii.

fiteł
Mnie jednak nieco razi to, że często użycie tych schematów mnoży bezsensowności - wyjaśniane wszem i wobec rozdzielenie się bohaterów to wierzchołek lodowej góry.

morydz
Przede wszystkim każdy pomysł wynika z jakiejś inspiracji. Nie da się wymyślić czegoś w stu procentach prekursorskiego. To tak, jak z muzyką. Mówi się, że jeśli dobrze się wsłuchasz, w każdym współcześnie grającym zespole rockowym znajdziesz echa Led Zeppelin albo Black Sabbath.

morydz
Nie do końca rozumiem, co masz na myśli.

fiteł
Bo jak ktoś mądry powiedział, żeby robić nowe trzeba znać na wylot stare.

morydz
Dokładnie. Ale znając coś na wylot, z kolei trudno tym nie przesiąknąć ;)

fiteł
Mam na myśli to, że sztampa niesie z sobą pewną dozę bezsensu - sam wspomniałeś, że w filmach nikt nie ogląda domu przed zakupem.

morydz
A, no tak. Ale tutaj to według mnie chodzi o to, że schemat powielany pierdylion razy, z każdym kolejnym razem będzie coraz bardziej uproszczony i umowny.

fiteł
W większości przypadków tak, na szczęście niektórzy zadają sobie trud wniesienia czegoś nowego.

fiteł
Tak było m. in. w "Naznaczonym", który notabene jest dzieckiem tych samych ludzi, co "Obecność"

fiteł
Może dlatego dużo sobie obiecywałem po tym drugim filmie, pewnie temu też więcej mu wybaczam ;]

morydz
Wciąż go nie obejrzałem. Leży sobie i czeka :P

morydz
Ale może właśnie przez wzgląd na "Obecność" jakoś mnie do niego nie ciągnie.

fiteł
Zawezwij Magdę i obejrzyjcie w tandemie, nie jest to arcydzieło, ale do pooglądania jak raz znalazł!

morydz
W sumie mogliśmy wczoraj, ale nie wpadłem na to i oglądaliśmy "Zejście" :P

morydz
O właśnie, "Zejście"! Przykład czegoś choć odrobinę odbiegającego od schematów. Nie znam chyba innego filmu, w którym za scenerię robiłaby jaskinia.

fiteł
Tam to dopiero potwory wyglądają jak nieślubne dzieci Nosferatu i Jocelyn Wildstein.

morydz
Szczerze mówiąc, nie pamiętam. Ciągle zasypiałem... :D

morydz
Pomysł z jaskinią nawet nawet, ale ogólnie film strasznie nudny.

fiteł
Si, zobacz też, że dopiero dwójka wprowadza głównego bohatera męskiego. A tak to bebeczki same po jaskiniach łażo. Mjam!

fiteł
Jak na horrorach spać można?! JAK?!

fiteł
Ambiwalentni jesteśmy, mi się podobał, chociaż też nie podzielam zachwytów połączonych ze ślinotokiem, bo aż takie dobre to to nie jest.

morydz
Można, jak nudne.

morydz
Muszę przyznać, że z określeniem "Zejścia" mam problem.

fiteł
W jakim sensie?

morydz
Bo film ma generalnie kilka trafionych pomysłów. Jaskinia, kojarząca się z izolacją, powodująca klaustrofobiczny klimat - to raz. Dwa - same babeczki, jak wspomniałeś. Przecież z pewnością to nie było bezcelowe. Zawsze to babeczki uważa się za bezbronne i bardziej się im współczuje i o nie martwi. Niezłe podejście do budowania klimatu...teoretycznie. Tu pojawia się mój problem. Jakoś tam byłem świadomy, co ma tworzyć napięcie i uważam te metody za właściwe, ale z drugiej strony kompletnie to na mnie nie działało. Jak już mówiłem, zasypiałem.

fiteł
W sumie podobnie, ja się zawiodłem na samym designie maszkar - jakby to powiedział rzymski woj Marcin "Oklepus" Najman - jużem widział to.

fiteł
"Obcy" rwał czapki z głów między innymi wizerunkiem ufoka, "Godzilla" nie była by sobą, gdyby wyglądała jak duża kobra, a Max Schreck w "Nosferatu" jest ucharakteryzowany genialnie.

fiteł
"Zejście" to podobnie jak w "Jestem legendą", "Wzgórzach" itp. zdeformowane, łyse humanoidy, którym żyły widać przez zbyt cienką skórę.

morydz
Może dlatego, że w "Zejściu" itd. te potwory to silne odchyły od normy, ale jednak ludzkiej normy. Alien, Godzilla ani Nosferatu nie byli ludźmi :P

morydz
Tu akurat się nie zgodzę z Twoim zarzutem, bo w wypadku, kiedy chodzi o zdeformowaną istotę ludzką, ciężko wymyślić coś innego

fiteł
Właśnie, ja bym wolał, żeby te jebcze jaskinie zamieszkiwały jakieś odchyły od Yeti'owych norm, nie ludzkich :D

fiteł
To po co ciągle te zdeformowane istoty wszędzie wrzucać?:D

morydz
A, no to chyba że tak :D

fiteł
Puentując jakoś te dość chaotyczne wynurzenia śmiem twierdzić, że szablon, jeżeli odpowiednio wykorzystany, może jednak dać widzowi sporo radości. Od tego chyba coraz więcej będzie zależało - ciężko coś nowego wymóżdżyć, dlatego odpowiednie korzystanie ze schematów może być kluczem do sukcesu.

fiteł
Ave!

morydz
Ja bym jeszcze tylko dodał, że moim skromnym zdaniem można jak najbardziej podeprzeć się schematem, bo inaczej już dzisiaj trudno, ale trzeba mieć umiar. Nie może być tak, że robi się podobne stu innym gówno bez krzty polotu i nazywa się to "ukłonem w stronę klasyki". Jest różnica pomiędzy hołdem a zrzynaniem. Taki Slash na przykład tego nie załapał, robiąc "Nothing left to fear" :P Ave!

niedziela, 10 listopada 2013

"Radio Agonia" na Horror Online

Po raz drugi udało mi się dostać na Horror Online. Tym razem z "Radio Agonią". Zapraszam serdecznie!

Święty dołek

Mimo że absolutna klasyka horroru w stylu Gabinetu doktora Caligari mnie nudzi, to chyba jednak w dużym stopniu jestem tradycjonalistą. Lubię, kiedy film jest oryginalny, ale zarazem oparty na dobrze mi znanych podstawach. Nie lubię natomiast, kiedy co kwadrans doznaję olśnienia i w głowie pojawia się myśl „No, wreszcie zaczynam rozumieć, o co chodzi!”, przy czym każde z kolejnych olśnień każe mi odrzucić uprzednio wymyślone teorie. Srutututu, po prostu lubię filmy mniej skomplikowane.

Oglądając Jug Face (2013) co chwila miałem inną koncepcję co do rozwinięcia całej intrygi. Byłoby to nawet fajne, bo intryga w horrorze - dobra rzecz, tylko że tutaj wszystko było dla mnie jakieś takie... niejasne.
Mamy tutaj jakąś dziwną komunę religijną żyjącą w lesie z dala od miasta. Za boga wzięli sobie wykopaną w ziemi dziurę z jakimś rudo-brunatnym błotem w środku. Dziura ich leczy, opiekuje się nimi, ale czasem też ma ochotę rozerwać kogoś na strzępy. Społeczność komunikuje się ze świętym dołkiem za pomocą niedorozwiniętego mężczyzny. Facet zapada w trans, podczas którego lepi jakieś gliniane dzbanki a ich ozdoba stanowi przepowiednię/wiadomość/żądanie dziury. Najczęściej na dzbanku pojawia się twarz osoby przeznaczonej na ofiarę do złożenia świętemu dołkowi. I tak pewnego razu na dzbanku pojawia się wizerunek nastoletniej Ady. Ada jest tym nieco przytłoczona, zwłaszcza że ma już na głowie sporo problemów, na przykład powstała w wyniku łajdaczenia się po lasach z własnym bratem ciąża. Dziewczyna robi coś,co w tej społeczności jest czynem świętokradczym – ukrywa dzbanek skazujący ją na śmierć. Akcja zaczyna się niemiłosiernie motać, bo dziura mści się za oszustwo dziewczyny.

Tak, jak wspomniałem – jak na mój gust, to zbyt wielu rzeczy trzeba się na początku domyślać. Przez pół filmu zastanawiałem się o co tu w ogóle chodzi. Od połowy natomiast zacząłem już co nieco jarzyć, jednak zwroty akcji były coraz bardziej nieoczekiwane. To akurat fajne.
Właściwie to muszę przyznać, że w dużym stopniu enigmatyczność fabuły jest jej zaletą, bo zmusza do ciągłego zastanawiania się nad tym, co będzie dalej i dlaczego. W efekcie, mimo że nie do końca ogarniałem akcję, to przynajmniej się nie nudziłem.
Ciężko też było mi zrozumieć niektóre zachowania członków wspólnoty. Choćby to, że nie są zbytnio załamani, jeśli dziura kogoś dopadnie. Niby jest im smutno, ale nie za bardzo. Wiele jednak w tej kwestii tłumaczy ich zwyczaj, jakim jest oznajmianie społeczności kolejnej śmierci za pomocą dęcia w róg. To niejako dowodzi, że są pogodzeni z takim losem do tego stopnia, że owo zawiadomienie stało się niczym więcej jak tradycją. Ogólnie rzecz biorąc, niezrozumiałe zwyczaje tych ludzi chyba właśnie powinny być akcentowane, gdyż dzięki temu mamy świadomość ich odrębności od całego społeczeństwa.

Film, choć dziwny i dość nietypowy, okazał się całkiem ciekawy. Może nie będzie to hit, ale na pewno ciekawostka. Cóż, może i lepiej, zważywszy na to, jakiej jakości są dzisiaj „hity”.