menu2

środa, 21 sierpnia 2013

Opowiadanie "Silniejszy układ"

Ostatnimi czasy nieśmiało powracam do pisania. Po dokończeniu zaczętego wieki temu Radia Agonia i spontanicznym popełnieniu Równowagi nabrałem w końcu zapału do ubierania pomysłów w fabułę. Dziś na blogu pojawiło się nowe opowiadanie pod tytułem Silniejszy układ. Zapraszam serdecznie do czytania i
wyrażania opinii. Mam nadzieję, że znajdzie się choć garstka osób, którym ten tekst się spodoba ;)

Opowiadanie Silniejszy układ




wtorek, 20 sierpnia 2013

Dobre i wybitne

Często spotykam się z opiniami, że Masterton lepiej spisuje się w krótkich formach niż w pełnowymiarowych powieściach. Moim zdaniem w obu przypadkach sprawdza się równie dobrze. Dobrnąwszy do końca zbioru opowiadań pt. Festiwal strachu utwierdziłem się w swoim stanowisku.

Zbiór rozpoczyna krótki tekst Sarkofag. Okazuje się, że Masterton potrafi wybrnąć nawet z takiego problemu, jakim jest napisanie czegoś mającego ręce i nogi, a zbudowanego maksymalnie z pięciuset słów. Opowiadanie wprawdzie nie powala, ale wspomniane ręce i nogi ma. Poznajemy dziewczynę, która pragnęła odchudzić się cudownym żuczkiem wyjadającym tłuszcz spod skóry i zjadł jej za dużo.
Dalej mamy Burgery z Callais. Rzecz dotyczy procederu, o którym ostatnimi czasy głośno w naszym kraju, mianowicie pozyskiwania przez producentów żywności mięsa z niepewnych źródeł. W tym wypadku chodzi o pyszne kotleciki z martwych zwierząt i odpadów organicznych pochodzących z operacji. Pyszności. Nie wiem, czy mi jeszcze ukochany BicMac kiedykolwiek przejdzie przez gardło.
Bazgroła w moim odczuciu wypada blado w porównaniu z większością opowiadań z Festiwalu strachu. Podobny pomysł widziałem już w paru amerykańskich filmach z ostatnich lat. Chodzi o to, że facet widuje na ścianach napisy robiące mu wodę z mózgu i wmawiające, że żona go zdradza. Nic szczególnego, moim zdaniem.
Dalej jest Epifania i stanowi dla mnie najjaśniejszy punkt w tym zbiorze. Fabuła, choć przesiąknięta odważną, miejscami kontrowersyjną erotyką, to erotyka ta podana została w sposób szalenie sugestywny. Mimo licznych scen dotyczących fizycznej miłości pomiędzy mężczyzną a mężczyzną, jest w tym opowiadaniu coś, co oczarowało nawet mnie – osobę raczej nieprzychylną homoseksualizmowi. Nie potrafię trafnie nazwać uczuć, jakie we mnie wywołał ten tekst, ale „oczarował” to chyba najlepsze słowo.
Kolejne opowiadanie jest już o miłości, że tak powiem, tradycyjnej, jednak tylko pod względem orientacji seksualnej. Jeśli chodzi o nasilenie uczucia i sposób, w jaki dwoje kochanków je sobie okazuje, to jest to miłość mocno przetrącona. Wylizują sobie nawzajem spocone pachy i wysysają gile z nosa. Na swój sposób jest to tekst „ku przestrodze”, ostrzegający przed przesadą w okazywaniu uczuć. Mimo wszystko, czyta się całkiem znośnie. W przeciwieństwie do kolejnego opowiadania.
Bo następne to po prostu nuda. Sąsiedzi z piekła. Pomysł z amnezją odbierającą traumatyczne wspomnienia jest nawet ciekawy, jednak historia jest, jak na mój gust, mało ekscytująca. Faceta, który słyszy dobiegające wciąż z tego samego miejsca głosy i któremu nikt nie wierzy, widziałem już niezliczoną ilość razy. Poza podpięciem tej sztampy pod interesujące zagadnienie, nie ma tu nic szczególnego.
Anty-Mikołaj to głupi tytuł i nieszczególne opowiadanie. Poznajemy „prawdziwą” historię Świętego Mikołaja, który miał odstawiać szamańskie sztuczki poprawiające wydajność gruntów rolnych i słono sobie za to płacić. Groteskowy pomysł. Choć właściwie ani zabawny, ani przerażający.
Dwa kolejne opowiadania – Wizerunek zła i Camelot oparte są na wspólnym pomyśle. Są to wariacje na temat legendy, o której opowiada wiersz pt. The Lady of Shalott. W obu wariantach historia o kobiecie uwięzionej w lustrze okazuje się prawdziwa i w przykry sposób rzutuje na życie współcześnie żyjących bohaterów. Pierwsze z opowiadań prezentuje się całkiem nieźle. Drugie zawiera sporą dozę abstrakcji – intrygującej, choć ciężkiej do ogarnięcia zdrowym umysłem ;)
Ostatni tekst nosi tytuł Towarzystwo współczucia i przedstawia się następująco: pewien mężczyzna, wskutek traumy związanej z tragiczną śmiercią ukochanej, trafia do tytułowego stowarzyszenia. Członkowie tegoż to ludzie, którzy stracili kogoś bliskiego i cierpią z tego powodu tak, że marzą o takiej samej śmierci. Wykorzystuje to facet dyrygujący całym tym cyrkiem, badając ich odczucia w momencie śmierci. Odniosłem wrażenie, że Masterton napisał to, bo po prostu chciał pokazać szereg różnych sposobów na śmierć.

Miłym dodatkiem, zamieszczanym w zbiorach opowiadań Mastertona, są jego komentarze do każdego z tekstów. Zawsze przyjemnie jest przed zagłębieniem się w daną historię przeczytać parę słów o inspiracjach, dzięki których powstała. Dla pisarzy-amatorów jest to również cenna wskazówka mówiąca jak i gdzie szukać natchnienia, jak patrzeć na świat, by tworzył w naszej wyobraźni interesujące odbicie rzeczywistości.

Powiedz Mastertonowi, by napisał horror gore o tęczowych kucykach, on napisze horror gore o tęczowych kucykach. Trzeba mieć naprawdę wyobraźnię wielkości Wszechświata, by napisać tekst będący dowodem na to, że miłość może być zbyt wielka. Albo wypisywać takie dziwadła jak w Camelot. Trzeba też ogromnego talentu i doświadczenia, by potrafić z absurdalnych czasem rzeczy stworzyć coś, co nas przerazi.
Moim ulubionym momentem w Festiwalu strachu została Epifania. Opowiadania Mastertona, choć nie zawsze porywające, mają wysoki poziom i w każdym widać rękę fachowca. Nawet tych, które mnie wynudziły, nie uważam za kompletnie złe. Są dobre, jedynie trochę gorsze od tych wybitnych. Choć oczywiście zastrzegam sobie w tej ocenie prawo do braku obiektywizmu. Bo, jak już wiedzą ci, co mnie znają, w kwestii Mastertona nigdy nie będę obiektywny ;)

piątek, 16 sierpnia 2013

Gdzie jest zło?

Już traciłem nadzieję, że uda mi się znaleźć jeszcze jakiś horror z lat '90, którego nie widziałem, a który nie jest kaszaną. A tu proszę, Części ciała (1991) okazuje się całkiem niezłym filmem.

Bill Chrashank ma wypadek samochodowy i traci rękę. Jeszcze lekarze z nim nie zrobili porządku, a już jego żonę nachodzi pewna pani chirurg z tych, co to dla nauki są w stanie poświęcić wszystko. Namawia żonę Billa, by podpisała zgodę na przeszczepienie mężowi kończyny pochodzącej od innego mężczyzny. Bill czuje się z nową ręką nieswojo i postanawia sprawdzić, komu ją zawdzięcza. Okazuje się, że ręka należała do seryjnego mordercy, podobnie jak pozostałe kończyny przeszczepione dwóm mężczyznom, do których dociera Bill. Wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że części ciała mordercy mają coraz częściej własne zdanie w kwestii poczynań swoich nowych właścicieli.
Większość filmów sprzed dwóch i trzech dekad ma to do siebie, że choć jestem podatny na ich urok, to jednocześnie przeważnie mnie nużą. Tym razem jednak obejrzałem od początku do końca z zainteresowaniem. Film zawiera też kilka typowych dla ówczesnej kinematografii absurdów, ale kto by się tym przejmował. Ostatecznie może naprawdę w amerykańskich szpitalach podczas amputacji komputer wyświetla na monitorze człowieczka i oznajmia, że następuje „rozczłonkowanie ciała”. Nie wiem, nie znam się.
W Częściach ciała zostaje postawione pytanie tyleż banalne, co wciąż pozostające bez odpowiedzi. Gdzie w złym człowieku przebywa zło? W umyśle, w sercu, czy może pod skórą? Rozważania iście filozoficzne, a więc zbędne, ale bardzo ciekawe.
Generalnie film jest dość zajmujący, trzyma w napięciu. Skłania do refleksji na temat wielu problemów związanych z naszą psychiką oraz moralnością.

Tak sobie pomyślałem, że Części ciała byłyby idealnym scenariuszem na film dla Cronenberga. Temat w sam raz na jego podejście do horroru. I może dzięki znanemu nazwisku stałby się ważnym tytułem w historii horroru. Bo chyba nie jest, skoro znalazłem go w otchłaniach Internetu zupełnie przez przypadek.

wtorek, 13 sierpnia 2013

Horrorowy dogmat

Remake'i klasycznych filmów mają z gruntu przechlapane. Często „fachowcy” krytykują taki film zanim jeszcze go zobaczą. Choćby z powodu tego, że ośmiela się podejmować próby poprawienia czegoś kultowego, dogmatycznie uznanego za absolut. Bo, powiedzmy sobie szczerze, ideał Martwego zła to dogmat, z którym nie godzi się polemizować. W świetle takich faktów poproszę o ekskomunikę ;)

Grupa nastolatków (powinno się chyba wymyślić jakiś modnie brzmiący synonim dla tego horrorowego
frazeologizmu) wybiera się do starego domu w lesie, by trzymać tam swoją zaćpaną koleżankę z dala od prochów. Reszta jest wiadoma, Necronomicon w piwnicy, czary mary i rzeźnia. Kto widział pierwowzór, ten wie, a że mało kto go nie zna, to nie będę się wdawał w szczegóły fabularne.
Choć większość obrazów, z którymi kojarzymy Martwe zło została odtworzona w nowej wersji, czegoś tu brakuje. Oczywiście Asha. To tylko imię, ale jednak imię ściśle powiązane z tytułem i uważam, że w dobrym tonie byłoby przynajmniej nadać je któremukolwiek z bohaterów remake'u.
Nowa wersja filmu urzekła mnie głównie tym, że autentycznie przeraża. Widziałem wiele filmów, przeczytałem mnóstwo książek; albo uodporniłem się na grozę, albo nigdy nie potrafiłem spojrzeć na nią tak, by fikcja mnie przeraziła. Nowe Martwe zło jest chyba pierwszym filmem, o którym mogę powiedzieć, że jest straszny. W przeciwieństwie do pierwowzoru, nie jest podszyty humorem. Cała seria Sama Raimi'ego kojarzy mi się z masakrą, ale jednak trochę z przymrużeniem oka (trochę – w przypadku dwóch pierwszych części, w trzeciej już grubo przesadził z błaznowaniem). Remake to rzeźnia na poważnie. Jest bardzo brutalnie i to jest największa zaleta tego filmu oraz przyczyna jego straszności. Raimi wylał na Brucea Campbell'a i jego koleżków cysternę krwi, ale gore nie zrobiło na mnie takiego wrażenia jak w nowej wersji. W remake'u mamy bowiem bardzo przekonujące krwawe sceny. Bez ogródek wyrywa się ładnym dziewczynom ręce, a mi jako mężczyźnie jest z tego powodu autentycznie przykro. To nic, że obrazy te oddziałują na mnie w tak głupi sposób – ważne, że w ogóle oddziałują. Miła odmiana po oglądaniu spod zamykających się powiek nudnej masakry z oryginalnego Martwego zła. Bo taka jest niestety prawda: pierwowzór wynudził mnie niesamowicie. Gapiłem się na hasającego wśród rozczłonkowanych zwłok Asha i toczyłem walkę ze snem, nie wzruszony ani odrobinę tragizmem tych scen. Remake za to trzymał mnie nieustannie w napięciu.

Teraz pozwolę sobie wrócić do problemu wywołanego we wstępie. W Internecie remake dostaje po tyłku właściwie za to, że istnieje. Bo jak to tak?! Przecież to tak, jakby ktoś namachał „Damę z łasiczką ver. 2.0” i pysznił się, że poprawia po da Vinci! Może wina leży po stronie twórców filmowych, którzy zabierając się do nowych wersji kultowych filmów, jakoś nie są na ogół łaskawi stworzyć coś wartościowego. Szkoda tylko, że stereotyp remake'u, który nie może się udać, jest w naszym postrzeganiu kina tak zakorzeniony.
Że niby klimat inny (bądź zupełnie bez klimatu). Że źle zagrany, że to, że tamto, że sramto... Przepraszam bardzo, ja nie miałem problemów z odnalezieniem w nowej wersji Martwego zła klimatu pierwowzoru. Oczywiście, że nie był to toczka w toczkę ten sam klimat, ale po co niby miałby być? Ostatecznie to remake, czyli nowe spojrzenie na dany tytuł, a nie odgrywanie wszystkiego identycznie jak w oryginale. Że aktorzy słabi? No rzeczywiście, w pierwotnej wersji grali sami profesjonaliści pod okiem jeszcze bardziej profesjonalnego profesjonalisty... Skoro jaśnie fachowców uszczęśliwi jedynie wersja w pełni pokrywająca się z pierwotną, to po cholerę w ogóle kręcić remake? Niech sobie tacy oglądają stare Martwe zło do porzygu, niech się go nauczą na pamięć. Ja natomiast nową wersją jestem zachwycony, uważam, że to znakomity film –czy rozpatrując go jako remake, czy po prostu jako horror. Powiem więcej: to jeden z najlepszych filmów grozy, jakie widziałem.

niedziela, 11 sierpnia 2013

Brak fajerwerków

Moja na każdym kroku akcentowana niechęć do książek Kinga wygląda tak, że, ni stąd ni zowąd, na półce mam już sześć tytułów... Wszystkie kupione pod wpływem impulsu i pod hasłem „a nuż nabiorę kiedyś ochoty”. No i tym oto sposobem właśnie skończyłem czytać Joyland.

Może mój uraz do Króla wynika z tego, że miałem niefortunny start. Bezsenność podobno nie jest jego największym sukcesem. Wytrzymałem do połowy i rzuciłem w kąt. Joyland przeczytałem od deski do deski i to nawet z zainteresowaniem oraz przyjemnością.
Bohaterem powieści jest Devin Jones. Niezbyt układa mu się w życiu, dociera do niego, że dni jego bezsensownego związku są policzone. Podejmuje pracę w lunaparku, gdzie zdobywa nowych przyjaciół i powoli dochodzi do siebie. Okazuje się, że Joyland skrywa makabryczną tajemnicę związaną ze śmiercią pewnej dziewczyny. Devin coraz bardziej zaczyna się nią interesować.
Główną zaletą powieści jest dobrze opisana postać Devina. Zwyczajny chłopak z typowymi dla jego wieku problemami budzi sympatię i czasami współczucie.
Nie wiem, czy to reguła u Kinga, ale w tej powieści konsekwentnie stosował jeden chwyt. Coś się stało, coś się wyjaśniło, bohaterowie już tym żyją, ale my wciąż czekamy na wyjaśnienie. To cholernie wciąga, intryguje, trochę niecierpliwi i drażni, ale w sposób dostarczający emocji.
Zagadka kryminalna jest tu dość banalna. Zbyt wiele książek przeczytałem, by podczas lektury Joylandu nie domyślać się w połowie książki, kto zabił. Postać posiadająca charakterystyczną cechę, wciąż przywoływaną przez autora, zawsze będzie podejrzana. Jednak nawet mimo to finał nieco mnie zaskoczył.
Jedna rzecz mnie zawiodła, choć może gdybym znał twórczość Kinga lepiej, przygotowałbym sobie inne oczekiwania wobec Joylandu ;) Otóż zabrakło mi akcji. Masterton mnie rozpieścił i przyzwyczaił do akcji zbudowanej z wielkich rzeczy, z wydarzeń nierzadko zagrażających całemu światu. A tu chodzi „tylko” o jedną martwą dziewczynę z kilkoma innymi w tle. Wiem, że nie mam prawa się tego czepiać, bo przecież nie każdy pisarz w powieściach musi powoływać do życia globalne niebezpieczeństwo wprost z piekła. Jednak brak fajerwerków sprawił, że czułem mały niedosyt.

Chyba odrobinę przekonałem się do Kinga. To wciąż nie mój klimat, ale udało mu się mnie zaciekawić. Nie zasypiałem po dwóch kartkach, jak w przypadku Bezsenności. Joyland to naprawdę fajna, miło czytająca się powieść, ale...to jednak nie Masterton... ;)